Zbigniew Leo urodził się w 1925 roku na warszawskiej Pradze, przy ulicy Wileńskiej 19. Jego rodzice zajmowali dwupokojowe mieszkanie z kuchnią. Tam też założyli pracownię krawiecką, gdzie szyto mundurki uczniowskie. Niestety 2,5-letni chłopiec i jego rok młodszy brat stracili wtedy ojca, Stanisława. Dostał zapalenia wyrostka robaczkowego, który pękł. Skończyło się zapaleniem otrzewnej i śmiercią (jeszcze nie było wówczas antybiotyków).
Zbigniewa i Włodzimierza wychowywała mama, Czesława. W domu do pomocy miała gosposię, a potem też nianię, która zajmowała się dziećmi. Zbigniew wspomina z rozrzewnieniem ich wspólne spacery do Parku Praskiego i wspólne zabawy z bratem Włodkiem.
Rozbroili misia
Pytany o najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa, opowiada
– Miałem 5 a może i 6 lat kiedy w święta Bożego Narodzenia przyszedł do nas Święty Mikołaj, za którego przebrał się wujek Wacław. Mojego brata wziął na kolana. Mikołaj miał na twarzy taką plastikową maskę i Włodek zapytał, dlaczego mu się nie ruszają zęby. Dostaliśmy wtedy w prezencie piszczące misie. Mnie przypadł w białym kolorze, a bratu w brązowym. Nas dzieci interesowało, co tam w środku piszczy. Namówiłem Włodka, żeby jego misia rozpruć i zobaczyć, co jest w środku.
Pierwszy rok nauki bracia spędzili w domu z panią nauczycielką. Przygotowywała ich do drugiej klasy. Poszli do znanej wówczas szkoły Wojciecha Górskiego. Mamie chłopców poradzono, żeby nie byli w jednej klasie. Wtedy był w szkole podział na semestry i co pół roku zdawało się na następny. Włodek poszedł do klasy niżej od Zbyszka. Do tej placówki uczęszczali obaj do 1939 roku, a potem uczyli się na tajnych kompletach i tam zdali maturę.
Zbigniew Leo, bohater naszego cyklu wspomnień, pamięta prezydenta Stefana Starzyńskiego i Józefa Piłsudskiego, którego widział na paradzie. Uczestniczył też w innych marszach organizowanych w Warszawie.
– W domu uważano Starzyńskiego za wartościowego człowieka, który dobrze zarządzał Warszawą. Jak wybuchła wojna i został ze swoimi mieszkańcami, ludzie jeszcze bardziej go docenili.
Na wiecu z generałem Śmigłym-Rydzem
W 1938 roku sytuacja między Polską a Litwą była napięta. Litwini otrzymali od strony polskiej żądanie natychmiastowej normalizacji stosunków dyplomatycznych bez żadnych warunków wstępnych. Zwołano wtedy wielki wiec na obecnym placu Piłsudskiego.
– Byłem tam wtedy – opowiada pan Zbigniew – Chodziło o to, żeby zmusić Litwę do uznania wzajemnych stosunków dyplomatycznych. Wołałem wtedy wraz z innymi: „Wodzu prowadź nas na Litwę”. Na placu był marszałek Edward Śmigły-Rydz. Interesowałem się już wtedy, tym co się dzieje na świecie.
Krótko przed wybuchem wojny atmosfera w Polsce gęstniała, choć wskutek nasilonej propagandy nastroje wśród ludności były bojowe.
Także w szkole zbliżająca się wojna była tematem rozmów. Zbigniew wspomina, jak w szkole profesor od geografii robił uczniom pogadanki o bieżącej sytuacji w Polsce .
– Na jednej z takich lekcji uczniowie krzyczeli, że pogonimy Niemców. Byliśmy tacy pewni siebie, że oto Polacy już się nie dadzą naszemu sąsiadowi. Natomiast profesor przedstawił porównanie. Powiedział, że Niemcy produkują 12 milionów ton stali rocznie, a Polska tylko dwa. Wkrótce okazało się, że miał rację. Niemcy wykorzystali czas przed atakiem na Polskę na dozbrojenie się.
Przy trumnie Piłsudskiego
8-letni Zbyszek brał udział w defiladzie, w której uczestniczył sam marszałek Piłsudski na Polu Mokotowskim.
– Widziałem go z daleka, a potem dwa lata później szedłem z innymi w kondukcie żałobnym od Krakowskiego Przedmieścia, Nowym Światem i dalej. Natomiast z naszej szkoły udała się delegacja do Belwederu, aby złożyć wieniec przy trumnie Naczelnika. Należałem do lepszych uczniów i miałem zaszczyt być w tym gronie. To było ogromne przeżycie dla 10-letniego chłopca.
Pierwsze czołgi
Zbigniew Leo pamięta uroczyste defilady, które były organizowane 3 maja. Żołnierze na białych koniach paradowali Traktem Królewskim.
– W 1938 roku byłem na placu na Rozdrożu, gdzie przygotowano trybuny, na których zasiadł Wódz Naczelny Edward Śmigły-Rydz. Wtedy pokazano pierwsze czołgi. Były to działania propagandowe, bo były już napięte stosunki między Polską a Niemcami. U nas mimo to panowały nadal nastroje bojowe.
A jednak wojna
Zbigniew Leo wspomina swoje ostatnie wakacje i godziny tuż przed wybuchem wojny.
W pierwszej połowie sierpnia pojechał do kolegi pod Żyrardów i dzień 1 września 1939 roku zastał go właśnie tam. Nie szli 1 września do szkoły, bo wypadało to w piątek, więc już wcześniej przełożono początek nauki na poniedziałek, 4 września.
– Mówiono już otwarcie, że Niemcy na nas napadną. W nocy przed 1 września słyszeliśmy przejeżdżające pociągi na torach, który były oddalone od nas o 3 km. Rano wychodzę przed dom i widzę samolot. Wcześniej uczyliśmy się, jak oznaczane były polskie, niemieckie i innej narodowości maszyny lotnicze. I wtedy za tym niemieckim samolotem, który rozpoznałem, leciały dwa małe, polskie myśliwce. Miałem radio na kryształek i je włączyłem. Usłyszałem, że wybuchła wojna.
Majątek pod Żyrardowem, w którym chłopiec przebywał, należał do majora służby czynnej, ojca jego kolegi. Major pracował w zakładach zbrojeniowych w Warszawie. 3 września przyjechał na wieś i przekazał wiadomości o bombardowaniach w Warszawie. Mama Zbyszka poprosiła majora, żeby syn został w majątku. Oficer udał się wieczorem do Warszawy, ale o 3 nad ranem wrócił.
– Obudził nas i powiedział, że szybko musimy ruszyć do stolicy jego samochodem. Niemcy przerwali front pod Wieluniem jechali do przodu, bo nikt nie stawiał wielkiego oporu. Gdy dotarliśmy na miejsce widziałem pierwsze zbombardowane domy. Niemcy zrzucali bomby głównie na lotnisko wojskowe, na Okęciu.
Znikały srebrne monety
Zbigniew wspomina, że gdy rosło zagrożenie konfliktem z Niemcami, najpierw znikały z obiegu srebrne monety, a ludzie robili zapasy żywności. Na szczęście węgiel był już sprowadzony na zimę, więc można było się zaopatrzyć w ten produkt.
Przed samą wojną rodzina Leo mieszkała na ulicy Chmielnej 16, a pani Czesława prowadziła sklep na Szpitalnej. W pierwszych dnia września na dom spadło kilka pocisków. Jeden z nich przeleciał przez mieszkanie na górze wleciał przez ich sufit i wybuchł na piecu, dewastując mieszkanie. Ludzi tam nie było, bo wszyscy uciekli do piwnicy.
Goebbels chwalił Polaków
Kiedy skończyły się działania wojenne we wrześniu 1939 roku, pani Leo wróciła do swojej kamienicy. Zapłaciła za czynsz kilka miesięcy z góry i potem zrobiła remont. Na święta Bożego Narodzenia ściągnęła synów.
– Czytałem niemieckie gazety, bo znałem trochę ten język. Właśnie tam przeczytałem, w tygodniku Das Reich, ale już w 1943 roku, że Goebbels dawał za przykład Polaków, że tak się szybko odbudowaliśmy. Niemcy, jak zburzyli miasta pod koniec wojny, to czekali i nie wiedzieli, co mają zrobić. Liczyli, że państwo im pomoże.
Hitler w Warszawie
– Kiedy Hitler przyjechał pod Warszawę, ogłosił, że jest zajęta, ale ona się jeszcze broniła. Wściekł się więc i 25 września bombardował stolicę bez przerwy od 8 do 19 . Do tego ostrzał z artylerii odbywał się ze wszystkich stron, bo Warszawa była otoczona.
– To było piekło na ziemi – mówi Pan Zbigniew. Uciekliśmy wtedy do sklepu mamy, bo mieścił się on w solidnym budynku siedmiopiętrowym. Siedzieliśmy w piwnicy i nie wiadomo było, co robić. Wyszliśmy dopiero następnego dnia rano i potem nazwaliśmy ten dzień „strasznym poniedziałkiem”. Wtedy postanowiliśmy uciec stamtąd do cioci na ulicę Łazienkowską. Biegliśmy ze Szpitalnej, a po drodze widzieliśmy pozabijane konie, zburzone domy, również kościół na Placu Trzech Krzyży. Na skrzyżowaniu Łazienkowskiej z Rozbrat był taki wielki lej po bombie wypełniony wodą. Pojawili się niemieccy fachowcy, bo tam było dla Warszawy ujęcie wody, którą ciągnęło się specjalnym rurociągiem z Wisły. Niemcy naprawiali to z naszymi ludźmi od wodociągów. Mogliśmy to zobaczyć na własne oczy. A potem zauważyliśmy zwarty szyk niemieckich żołnierzy, którzy zajęli koszary koło Łazienek. Śpiewali wtedy: Heili Heilo Heila
– Wtedy po raz pierwszy widziałem niemieckich żołnierzy.
5 października 1939 roku odbyła się defilada Hitlera w Alejach Ujazdowskich. Nikt z Polaków tam nie poszedł. Nikogo nie interesowały niemieckie imprezy.
Pan Leo opowiada, że władze okupacyjne zarządziły od razu godzinę policyjną i otworzyły tylko szkoły podstawowe.
– Jeden, a może dwa tygodnie jeszcze chodziłem normalnie do drugiej klasy gimnazjum w październiku. Mieszkaliśmy wtedy na Chłodnej u innej ciotki. Nasz dom był w remoncie. Szliśmy pieszo do szkoły obok Hali Mirowskiej (szkoła była na Szpitalnej).
Tu Pan Zbigniew wspomina swoje pierwsze bezpośrednie spotkanie z niemieckim żołnierzem:
– Miałem ze sobą teczkę i machałem nią w przód i do tyłu. Niemiec szedł naprzeciwko nas i miał w ręku jabłko. Gdy przechodziliśmy obok siebie, ja mu ten owoc niechcący wytrąciłem z ręki. Zdrętwiałem, co on zrobi? Mruknął coś pod nosem i wziął drugie jabłko ze straganu. Odetchnąłem z ulgą.
Mogli się uczyć
Na 11 listopada w 1939 roku kierownik szkoły, do której Zbyszek chodził z bratem, zarządził święto i poinformował uczniów, że mają wolny dzień. Pan Leo wspomina, że Niemcy od razu aresztowali tego nauczyciela i wysłali do obozu. A wtedy tę szkołę, a także inne, zamknęli. Okupanci pozwolili otworzyć szkoły zawodowe, takie przygotowawcze do zawodu. I dzięki temu bracia mogli się uczyć dalej. Gdy Zbyszek skończył 17 lat groziła mu wywózka na roboty do Niemiec, bo nie pracował. Na szczęście udało się mu załatwić pracę w fabryce Philipsa.
Uniknęli aresztowania
– Lutowałem kondensatory i życie toczyło się w miarę normalnie. Człowiek przyzwyczai się do wszystkiego. Czasami jakaś łapanka była, to się uciekało w bramę.
I przypomina sobie zamach na „kata Warszawy” Franza Kutscherę z 1 lutego 1944 roku.
– Jak Kutscherę zabili, to wtedy wysiedlili całe bloki ze Śródmieścia, ludzi spędzili na placu Napoleona (obecny plac Powstańców Warszawy) i tam robili selekcję. Na szczęście mnie z Włodkiem nie było tam, bo pracowaliśmy już wtedy w Philipsie. Z naszego domu też zabrali ludzi na Pawiak, potem wywozili ich na teren Getta i tam mordowali.
Pan Zbigniew Leo powtarza, że do wielu niespodzianek dnia codziennego mogli się przyzwyczaić, chociaż nie było to proste:
– Śpimy w nocy w naszym mieszkaniu na ulicy Chmielnej, i budzi nas przeraźliwy wybuch. Nie wiedzieliśmy, czy Niemców zabili? Wtedy czekałaby nas zemsta i zabicie wszystkich na miejscu. A może to sprawka hitlerowców? W naszym domu był mały hotel, gdzie spotykały się pary. Na noc go zamykano, a tu się okazało, że jacyś Niemcy chcieli dostać się do środka. Nikt nie chciał ich wpuścić, więc wrzucili przez kraty drzwi granaty. Wybuchły, a Niemcy uciekli. Przyjechała niemiecka żandarmeria i złapała swoich żołnierzy.
Innym razem Zbyszek znowu uniknął aresztu i śmierci.
– Koło dzisiejszego „Domu Chłopa” była łapanka. Odwiedzałem tam naszą krewną i wyszedłem z bramy po zakończeniu wizyty. Patrzę, a tu wszędzie pusto i widzę Niemca z karabinem obok. Zdążyłem się wycofać i on mnie nie zauważył. Jakby tylko kiwnął, że mam przyjść, to byłby koniec.
Wyłączali prąd
Życie codzienne w Warszawie nie należało do łatwych, ale chłopcy potrafili sobie poradzić. Na przykład, w konkretne dni wyłączano prąd w poszczególnych klatkach schodowych. Pan Zbyszek wspomina, że zmontowali z bratem prostownik, bo pracowali przecież w fabryce. Akumulator (jak samochodowy) podłączyli do lampek. Przy takiej instalacji można było chociaż trochę poczytać.
Nastroje przed powstaniem
Kiedy Zbigniew Leo wstąpił do Armii Krajowej w 1942 roku, to się mówiło, że będzie powstanie ogólnopolskie pod nazwą „Akcja Burza”. Żołnierze przygotowywali się do tego: spotkania, zbieranie broni. Działali jak normalne wojsko. Zbigniew był w II Batalionie Szturmowym Odwet, sekcji trzeciego plutonu i co tydzień się szkolił. Nie było możliwości, żeby strzelać. Nie mieli broni w wystarczającej ilości, ale też sprzyjających warunków. Jak się front zaczął zbliżać ze wschodu to wtedy zaczęli zastanawiać się, co to będzie, jak wojsko do nich dotrze.
– Wtedy powstańcze projekty ożyły. W lipcu 1944 roku nastąpiła wpadka w naszym oddziale. Ktoś został aresztowany, więc istniało zagrożenie, że może „sypać”. Wyjechaliśmy – ja i brat – na tydzień pod Warszawę, do znajomych. Kiedy spałem wieczorem na werandzie, słychać było strzały. W tym czasie wszyscy uciekali do Warszawy, bo wydawało im się, że tam będzie bezpiecznie. Pod koniec lipca pociągi elektryczne już kursowały nieregularnie. My też ostatnim przyjechaliśmy do stolicy. Wtedy padł rozkaz, że jest mobilizacja. Mieliśmy się stawić w miejscu, gdzie stacjonowaliśmy: ulica Prezydencka 7. Codziennie rano tam się spotykaliśmy i siedzieliśmy do wieczora. W ostatni dzień lipca powiedziano nam: „Jutro. 1 sierpnia przyjdziecie rano i macie zabrać jedzenia na trzy dni. Już nie wrócicie do domu”. Mama się martwiła o nas. Wychodziliśmy rano o siódmej godzinie. Ona stała na balkonie i machała nam ręką . Potem przez dwa tygodnie nie wiedziała, co się z nami działo. Zostaliśmy odcięci w naszej placówce. Brakowało broni
– My byliśmy na kolonii Staszica na naszym posterunku trochę odcięci od tego, co się działo na mieście. Przez krótki czas mieszkańcy Warszawy czuli się wolni. Jednak my, na kolonii Staszica, nie widzieliśmy tego entuzjazmu innych, którzy walczyli na linii Foksal-Nowy Świat. Nie mieliśmy z czego się cieszyć. Na kolonii Staszica (Mokotów) siedział cały nasz batalion, rozmieszczony po tych willach. To było paręset osób. Do tego z bronią u nas było krucho. Każdy miał swoją osobistą broń, na przykład w naszej sekcji dowódca miał pistolet osobisty. Jakieś dwie filipinki przynieśli nam, które nam szybko zabrano. Zaczęliśmy jakieś ćwiczenia, żeby zająć czymś ludzi.
Dostali przepustkę
Kolonia Staszica była okrążona przez Niemców. Trudno bez broni było walczyć. Po dwóch tygodniach panowie Leo dostali przepustkę i możliwość przejścia na drugą stronę Alej Jerozolimskich, żeby zobaczyć się z mamą. Zbigniew zachorował na zapalenie płuc i był wyłączony z walk przez 3 tygodnie. Włodzimierz poszedł walczyć wraz z oddziałem, który miał dużo broni.
– Jak dołączyłem do nich, dostałem swoją „błyskawicę”, pistolet maszynowy. Na Widok 16 żeśmy dotrwali do końca Powstania. Najgorsze w tym czasie, kiedy walczyliśmy był brak broni, ale i głód. Przedzieraliśmy się do magazynów Haberbuscha na Grzybowskiej, gdzie były zapasy jęczmienia i cukru. Pod ostrzałem zabieraliśmy na posterunek tyle, ile mogliśmy udźwignąć. Potem gotowano zupę plujkę, jak ją nazywaliśmy.
Najgorszy był głód
Kiedy już nie było i tego, zabrali się za koninę.
– Byli tacy co jedli psy i koty. Głód zmusi do wszystkiego. Nie można było wyjść z Warszawy, bo byliśmy otoczeni ze wszystkich stron. Do kapitulacji siedzieliśmy na Widok 16. Potem nas – wojskowych przewieźli do Ożarowa, a cywilów do Pruszkowa. Pociągami rozwozili nas po Niemczech do obozów. Przeżyłem dwa z nich. Po wyzwoleniu trafiłem do Francji. Na szczęście cały czas byłem z bratem.
Pan Zbyszek już po wojnie dowiedział się, że ich mama żyje, ale dom został zniszczony. Postanowili przywieźć jakieś dolary, aby mieli z czego żyć. We Francji kupowali kawę i jechali ją sprzedać do Niemiec. Tam nabywało się papierosy od amerykańskich żołnierzy i na ziemi francuskiej znajdowali na to zbyt.
Wrócili do zrujnowanej Warszawy
– Tak kombinowaliśmy z bratem. Chcieliśmy z wrócić z jakimiś pieniędzmi. Wiedzieliśmy, że większość żołnierzy Armii Krajowej była już w Polsce. My przeżyliśmy okupację, więc pomyśleliśmy, że gorzej już nie może być. Pojawiliśmy się w Warszawie w sierpniu 1946 roku. Uruchomili wtedy Most Poniatowskiego. W domach, które jeszcze nie padły zakładano sklepy. Handel wracał do życia. Główne ulice były odgruzowane, aby nimi przejść. Nie było mowy o jakimś samochodzie czy tramwaju. Furmanki wróciły do łask.
Niemcy nam zazdrościli
Jeszcze w 1956 roku było wszędzie dużo gruzu w Warszawie, ale Pałac Kultury już był wybudowany. Zabrano się też za zabytkowy trakt królewski.
– Już wiele lat po wojnie pracując w urzędzie patentowym rozmawiałam z Niemcami. Zazdrościli nam, że odbudowaliśmy Stare Miasto, a w Berlinie czy w Dreźnie nie odtworzyli zabytkowych budynków. Na początku trzeba było odgruzować miasto, ale nie było transportu. Wtedy wykorzystano wiejskie furmanki. Tam, gdzie jest teraz Stadion Narodowy, a wcześniej Stadion Dziesięciolecia, zwożono gruz ze Śródmieścia i Ochoty. Zrobił się spory kopiec, na którym powstał stadion. Drugim miejscem powstałym dosłownie „na gruzach Warszawy” jest park Szczęśliwicki, gdzie jest góra stworzona z gruzów z innych dzielnic stolicy .
Poszli na studia
Kiedy chłopcy wrócili do domu, od razu poszli na studia. Włodzimierz na medycynę w 1946 roku, a rok później Zbigniew na Politechnikę. Mieszkali wtedy u ciotki w Pruszkowie. Miała tam willę z poddaszem, gdzie były trzy pomieszczenia. Tam właśnie pani Czesława zamieszkała z synami.
– Żeby zarobić jakieś pieniądze udzielałem korepetycji z matematyki, a brat robił zastrzyki.
Bardzo przydała mi się wtedy i potem znajomość niemieckiego. Dorabiałem tłumaczeniami, a gdy zacząłem pracować w Urzędzie Patentowym, tłumaczyłem opisy patentowe. Często zgłaszano te wynalazki po niemiecku. Swoją pierwszą żonę – Justynę – poznałem przez mojego kolegę jeszcze ze szkoły, bo to była jego siostra, pięć lat młodsza ode mnie. Organizacja katolicka zabrała nas obóz w Szklarskiej Porębie. Pojechaliśmy tam z moim kolegą Andrzejem, a ona przyjechała do nas trochę później. Justyna była też córką mojego profesora od polskiego ze szkoły Górskiego – Tadeusza Nassalskiego. Justyna, po studiach polonistycznych, pracowała przez wiele lat jako redaktor w wydawnictwie Czytelnik. Dzięki Czytelnikowi dostaliśmy nasze pierwsze mieszkanie, na Czerniakowskiej. Mogliśmy się przenieść na swoje.
Zbigniew Leo ma trzy córki, dziewięcioro wnuków i dwadzieścioro jeden prawnuków.
