Halina Waryńska urodziła się w Toruniu w 1926 roku.
– Mój ojciec, Mirosław Stankiewicz pochodził spod Warszawy. Życie spędził w domu u boku czterech, starszych sióstr, więc kiedy mógł przeprowadził się do Torunia. W wieku 16 lat dołączył do Piłsudzkiego i brał z nim udział aż pięciu kampaniach. Podczas I wojny światowej miał wyrwaną łopatkę i leżał w niemieckim szpitalu. Moją matkę poznał, gdy grali razem w sztuce już po odzyskaniu niepodległości
Ślub Janiny i Mirosława odbył się w 1922 roku i wtedy urodził się ich pierwszy syn Jurek, a potem Halina. Piłsudzki dbał o wykształcenie swoich oficerów i kazał swojemu żołnierzowi zdać maturę, a potem załatwił mu dalszą edukacje na uniwersytecie w Wilnie. Tam też mieszkała całą rodziną przez kilka lat. Po powrocie do Warszawy Mirosław został kierownikiem apteki przy Placu Unii Lubelskiej. Niestety w 1938roku zmarła jego żona Janina.
– Kiedy wybuchła wojna ojciec akurat miał rękę w gipsie. Zerwał go i kazał mnie i mojemu bratu przygotować ubrania na wyjazd. 2 lub 3 września przyjechaliśmy na warszawską Pragę, do siostry ojca. Na miejscu okazało się, że oni już uciekli, a ojciec musiał swoją ciężarówkę odstawić do jednostki. Jechaliśmy całe dnie i noce, aż 16 września przyjechaliśmy do Dubna ( obecnie Ukraina). Tam zostawił nas u lokalnych gospodarzy na noc, a sam pojechał oddać samochód. Bratu powiedział, że w razie czego mamy iść do Łucka, do rodzinny naszej matki – opowiada jego córka.
Kiedy ojciec ich zostawił u tych gospodarzy Halinka obudziła się rano i poszłam do ogrodu ich sąsiadów. Mieli piękną gruszę, na którą weszła. Nagle pojawił się właściciel tej posesji z karabinem i zaczął wypytywać z kim tu jest i dlaczego znajduje się na jego drzewo. Powiedziała mu wszystko i dostała nawet kilka gruszek. Usłyszała wtedy od niego:
– Powiedz bratu, że jutro do 5 rano ma was tu nie być.
– Wróciłam do naszych gospodarzy i oni mnie zrugali, że to największy komunista ze wsi i niepotrzebnie z nim rozmawiałam. Następnego dnia Jurek poszedł szukać ojca, bo on zgłosił się do wojska. Okazało się, że na miejscu nie ma już żołnierzy, ani taty, więc musieliśmy iść do Łucka. Na drogach panowało straszne zamieszanie, bo Rosjanie weszli do Polski. Zamieszkaliśmy u ciotki Janiny Aleksandrowicz i jej trójką dzieci od września do połowy grudnia 1939 roku. Chodziłam tam do szkoły. W między czasie wujka Stanisława zabrali do więzienia, a potem dowiedzieliśmy się, że go zabito.
Jerzy robił wszystko, żeby mogli dostać się z siostrą do Warszawy. Liczył, że tam spotkają ojca. Wyruszyli, ale w trakcie podróży w lesie złapało ich UB. Było tam wiele innych ludzi, którzy próbowali dostać się do Generalnej Guberni. Podzielili ich na mężczyzn i kobiety. UB miało wymienić ich na swoich jeńców z Niemcami. Doprowadzili ich do Brześcia, a stamtąd pociągiem pojechali do Warszawy.
– Jednego buta zgubiłam podczas tej wyprawy, a był wtedy grudzień. Pamiętam pana w pociągu, który pozwolił mi trzymać stopę na jego bucie. W Warszawie okazało się, że w naszym domu na Rakowieckiej nikogo nie ma. Poszliśmy do ciotki. Tam mógł zostać tylko brat, a mnie dali do innych wujków. Mój kuzyn, który tam mieszkał działał w konspiracji i mi też to zaproponował. Na Żoliborzu złożyłam pierwszą przysięgę. Nosiłam korespondencje. W szkole też była konspiracja. Dogadałam się z dyrektorem, że na pierwszej lekcji będę siedzieć na korytarzu. Jakby przyszli Niemcy to miałam wcisnąć guzik, żeby nauczyciele w klasach wiedzieli, że trzeba niektóre książki schować albo temat lekcji zmienić.
Jej kolega ze szkoły Witold zaproponował dziewczynie, aby została łączniczką. Kazał jej na chrzcie bojowym przenieść pistolet z jego domu do innego miejsca.
– Musiałam to zrobić bardzo dyskretnie, bo jego sąsiadka z bloku spotykała się z niemieckimi oficerami w swoim mieszkaniu. Pistolet był schowany u niego w domu, w dziurze za piecem. Wszystko się udało.
Halina pamięta doskonale ten dzień:1 sierpnia 1944 roku.
– Mój przyszły mąż Witold kazał mi się spakować i pojechaliśmy na plac Zbawiciela na zbiórkę. Pierwszym zadaniem podczas powstania było doręczenie paczki do budki na Rakowieckiej. Poszłam tam z koleżanką. Chwilę po dostarczeniu przesyłki okazało się, że na Rakowieckiej byli już Niemcy i strzelali. Właściciel budki wpuścił nas do środka i kazał się położyć. Naziści myśleli, że wszystko było zamknięte i poszli dalej. Ten pan zabrał nas ze sobą i pozwolił przenocować u swojej rodziny. Oni robili bandaże z prześcieradeł. Potem nie wiem już jak, ale dołączyłyśmy do powstańców i robiłyśmy z koleżanką koktajle mołotowa.
Według relacji naszej bohaterki powstańcy na Mokotowie podglądali przez lornetki Niemców. Oni zorientowali się, a Polacy musieli się stamtąd ewakuować. Przeskakiwali się przez płoty, a na plecach nieśli koktajle mołotowa. Niemcy rozmieszczeni w budynkach ciągle świecili na ulice, aby wypatrzeć powstańców. Wtedy leżeli na ziemi i czekali.
– Byłam też wśród nich . Wszyscy byliśmy przerażeni, a dziewczynki sikały nawet ze strachu. Przestaliśmy się tak strasznie bać, gdy jeden kolega zażartował z tego. Doszliśmy do ulicy Gagarina, a w jednym domu w oknie poruszyła się firanka. Strach był wielki, bo nie wiadomo, kto w tym oknie siedział. Na tej ulicy widzieliśmy pochylonego chłopa z batem nad zdechłym koniem. Miał dziwne oczy. Do dziś mam ten obraz przed oczami. Poszliśmy dalej na Chełmską do zakonnic. Tam przenocowaliśmy.
Witold dostał polecenie, aby zaprowadzić wszystkich pod Park Deresza. Po drodze słychać było strzały. Nie wiadomo było, co się dzieje w innych dzielnicach. Na miejscu spotkali się z porucznikiem Łąckim, który rozdzielał zadania. Koleżanka Haliny poszła do szwalni, a ona do kuchni na ulicy Odyńca. Była tam do końca powstania i pomagała w przyrządzaniu posiłków.
– Gotowało się makaron ze sztucznym miodem, bo nic innego nie było. Raz dostałyśmy mięso z konia jeszcze z sierścią. Zrobiłyśmy z tego rosół. Pewnego dnia przyszła grupa chłopaków. Jeden z nich wyciągnął w moją stronę pistolet.
– Zabiję cię, bo nie postępowałaś tak, jak nasza mama kazała – krzyczał on.
To był mój brat, którego nie poznałam i bredził w gorączce, bo miał czerwonkę. Zaprowadziliśmy go do szpitala. Po kilku dniach przyszedł do mnie i dałam mu rosół. Wrócił za jakiś czas cały zielony. Pytam się, czy rosół mu zaszkodził.
– Nie, szpital zbombardowali, prawie wszyscy zginęli – wyjaśnił zrozpaczony Jurek, który przeżył, bo przyszedł do siostry na rosół.
Halina pamięta wiele rzeczy i przeżyła mnóstwo historii.
– Widziałam jak getto się paliło i ludzie z okien skakali. W tamtym okresie nawet najbardziej antyżydowscy Polacy byli po ich stronie. Jeden z naszych dowódców przeżył wybuch bomby. Był cały w odłamkach i miał blizny na całe życie.
W nocy z 24 na 25 września Niemcy wyprowadzili wielki czołg na tory kolejowe. 25 przyszedł do niej Witold i poprosił o pomoc, bo wielu powstańców ucierpiało. Opatrzono ich wszystkich.
Jak ogłoszono kapitulacje wszyscy w popłochu uciekali do kanałów. Witold szedł 8 godzin kanałami z Mokotowa, a potem przedostał się na Pragę. Jego koledzy szli innymi, ale Niemcy ich znaleźli i rozstrzelali, łącznie z matką z dwoma synami. To już po podpisaniu kapitulacji.
– Potem kazano nam się przebrać w cywilne ubrania, ale Niemcy wyłapali nas z tłumu. Był wśród nas szpieg, który wszystko donosił. Zaprowadzili nas do małego szpitala. Tam była kucharka i ona dowiedziała się, że wszystkich Polaków chcą rozstrzelać. Powiedziała wtedy: „Postaram się ich upić, jak zapukam w drzwi to każdy, kto może chodzić niech ucieka na Puławską”.
Uciekła z innymi, a ulicą podąża wielki tłum. Obejrzała się w stronę centrum. Paliła się Warszawa, a czarna chmura przysłaniała odwrót Warszawiaków. Niemcy pędzili ludzi Puławską do obozu w Pruszkowie.
– Byłam wtedy koło domu mojego męża. Zobaczyłam w tłumie przyszłą teściową z dwoma walizami. Miała tam tylko zeszyty i książki synów. Żadnych ubrań, ani pościeli. Doszliśmy do obozu w Pruszkowie, a stamtąd młodzi mieli jechać na roboty do Niemiec. Na szczęście jakiś żołnierz niemiecki powiedział nam po cichu, żeby na prawo uciekać. Poszłyśmy tam i dotarliśmy do pociągu. Dali nam po kromce chleba i pojechał do Jędrzejowa. Na miejscu na stacji stali różni ludzi i wybierali kogo chcą do siebie. Mnie z koleżankami wziął polski gospodarz. Traktował nas bardzo dobrze. U tego gospodarz mogłam się umyć, a potem spałam 24h. Rano dostałam kromkę chleba. Nie można było dawać nam więcej, bo byliśmy wygłodzeni. „Odhodowali” mnie tam. Pracowałam u nich kopiąc kartofle. Pewnego dnia dostałam list z Zakopanego od koleżanki, że jej stryj przyjmie mnie pod dach. Od mojego gospodarza dostałam prowiant na podróż i pieniądze na bilet. Dotarłam do Zakopanego i pracowałam tam jako pomoc u lokalnego ginekologa.
Po pewnym czasie do wujka koleżanki przyjechał jeszcze jego bratanek. Było ich za dużo i Halina musiała odejść, bo była najstarsza. Skończyła wtedy 18 lat. Dostała trzy kartki z adresami, gdzie mogła się udać do pracy. Udało się dopiero w trzecim miejscu. To były domki letniskowe, Villa Halina w Zakopanym. Na pierwsze zadanie dostała zrobienie rosołu. Musiała ubić koguta, oskubać i zrobić z niego zupę. Była u nich od grudnia 1944 do marca 1945 roku.
– Dowiedziałam się, że mogę już do Warszawy wracać. Napisałam list od ciotki ze stolicy i ona zgodziła się mnie przyjąć. Do Warszawy przyjechałam 1 kwietnia. Zobaczyłam spalone domy, a wiatr świszczał między gruzowiskami. Zamieszkałam w starym domu wujostwa na alejach Jerozolimskich. Kamienica ocalała tylko dlatego, że w czasie wojny osiedlili się w niej Niemcy.
Jej brata wysłali do kopalni miedzi w Austrii. Natomiast Witold, kolega z powstania, odnalazł się w dopiero w 1947 roku, gdy wrócił z obozu jenieckiego. Rok później pobrali się i zamieszkaliśmy w małym pokoiku, gdzie nie było kanalizacji, ubikacji za to pełno pluskiew. Wodę brali z ogrodu i problem był jak w zimie ona zamarzała.
Halina skończyła studia farmaceutyczne i przepracowała 32 lata w Państwowym Zakładzie Higieny, potem w Instytucie Leków.
Halina Wardyńska, na zdjęciu ona jako niemowle ze swoją mamą.

Halina Wardyńska z mężem Witoldem

Autor Mateusz Mazur
