Zofia Zalewska urodziła się w Warszawie na Pradze, przy ulicy Wileńskiej 5 w 1937 roku. Nie wiele pamięta wojny, bo była za mała, ale jeden dzień utkwił jej w pamięci. To był 5 czerwca 1943 roku.
Matka Zofii Marianna pochodziła z rodziny spod Radomia, gdzie było ich siedmioro w domu. Kiedy dziadek owdowiał ożenił drugi raz i z tego małżeństwa miał tylko córkę. Resztę dzieci rozpędził po świecie. Wysłał do pracy, albo same odeszły z domu, bo macocha była niedobra. Marianna miała 12 lat, gdy jej starsza siostra Helena ściągnęła ją do Warszawy. Zatrudniła jej pracę u państwa, gdzie sama służyła. Była tam gosposią, dzieci pilnowała, prała i sprzątała mieszkanie.
– Poznała tutaj tatę Stefana, bo on urodził się w Warszawie. Mieszkał z rodzicami na Freta 6 na Starym Mieście, a mój dziadek miał dwa konie i jeździł dorożką zarobkowo. Pobrali się i zamieszkali na Pradze. Musiało to być wcześniej skoro ja urodziłam się w 1937 roku. Mama była starsza od ojca o dwa lata.
Zosia pamięta jeden dzień, kiedy mama robiła pranie, a tata jej pomagał. Używała tary i wyżymaczki. Dziecko kręciła się po mieszkaniu, koło bali i nagle się potknęła. Deski podłogi nie były równe. Chwyciła się miejsca, gdzie były niebezpieczne tryby i palec wszedł w to miejsce. Został zgnieciony. Miała 5 lat i pamięta, jak pojechała z nimi do szpitala. Strasznie ją to bolało i mocno płakała. Rodzice długo tam czekali na nią i potem zabrali do domu.
Pamiętanego 5 czerwca 1943 przyszła do ich domu ciotka Helena, która szmuglowała jedzenie ze wsi do Warszawy. Zarabiała na tym na utrzymanie. Namówiła Józefa, ojca Zosi, żeby pojechał z nią. Mieli przywieźć większa ilość kartofli. Wyjechali z Warszawy i za Tłuszczem w miejscowości Pasieki zatrzymali pociąg. Wyciągnęli z niego tylko mężczyzn, w tym Stefana. Zabili tam wysokiej rangi oficera niemieckiego. W odwrocie zrobili łapankę na chłopów. Było ich 56. Stanęli na torach i ciotka Helena widziała to z okna pociąg. Krzyknęła: „Stefan” i on się odwrócił, a potem kula dosięgła jego głowy. W ten sposób zastrzelili Polaków. Helena widziała jak biorą ciało jej szwagra i innych. Próbowali pochować przy stacji kolejowej. Niestety tam było pełno wody. Trupy wypłynęły. Wyciągnęli je i ciągnęli do lasu. Nagle zobaczyła dym. Spalili wszystkich. Siedziała tam cały dzień i noc. W międzyczasie przekazała jednemu chłopakowi, który jechał pociągiem towarowym z węglem do Warszawy, żeby poszedł pod wskazany adres i przekazał jej siostrze, że Stefan nie żyje. Ona wróciła za dwa dni.
– Mieszkaliśmy w suterynie, a tam okna były niskie, a przed mieścił się murek i ja tam siedziałam i się bawiłam. Mama robiła pranie, bo przyjmowała je do domu. Chłopak przyszedł i dał jej tę kartkę od ciotki. Przeczytał treść i naraz moja mama zaczęła krzyczeć, biegać dookoła wielkiej wanny. Pranie rzucała w jedną i drugą stronę. Patrzyłam się i nic nie rozumiałam. Miałam pełno zabawek takich małych, to sobie układałam. Nie zdawałam sobie sprawy. Akurat dozorca zamiatał podwórko i podszedł do mnie i zapytał co się dzieje? Poruszyłam tylko ramionami. A on zaszedł na dół do mamy. Posadził ją na krześle i wysłuchał. Potem wezwał pogotowie. Zabrali ją do szpitala. Rodzina dozorcy przygarnęła mnie na noc, bo ciotki Heleny nie było. Potem zabrała mnie siostra jej ojca, która mieszkała kilka numerów dalej też na ulicy Wileńskiej. Sama miała trójkę dzieci.
Gdy Helena wróciła wzięła Zosię do siebie na Bródno. Zaadoptowała ją, bo sama nie miała dzieci. Dziewczyna wspomina, że ciocia dalej szmuglowała. Potrafiła ze wsi przywieźć całego świniaka pokrojonego i ukrytego pod płaszczem. Dzięki temu miała pieniądze, bo sprzedała mięso znajomym, sąsiadom. Wujek Zosi starał się o rentę sierocą dla niej, ale nie udało się. On był artystą, umiał pisać i czytać odróżnieniu od siostry Marianny i Heleny, jego żony. Ona podpisywała się trzema krzyżykami. Po wojnie wysłała ją też do domu dziecka pod Warszawę na kilka miesięcy.
– Ciocia mnie wychowała, ale biła mnie i była sadystką. Jej mąż nie mógł tego wszystkiego znieść rozstał się z nią i poszedł mieszkać do swojej rodzonej siostry, która miała dwójkę dzieci. Nawet chciał mnie zabrać tam, ale nie było jak. Po latach chciałam szybko wyjść za mąż i wyprowadzić się od niej. Niestety jeszcze przez rok mieszkaliśmy z nią w takim drewniaku. Kiedy zaczęli budować trasę na Bródnie dostałam mieszkanie na Grochowie, a ciocia na Woli. Skończyłam technikum odzieżowe i 40 lat pracowałam w zakładzie „Kora”.
Swojego męża również Stefana poznała w okolicach domu ciotki. Zaprosił ją do kina. Helena dała jej pełno roboty przed i musiała się nieźle uwijać, żeby zdarzyć na randkę. Poszli do kina Syrena na ulicę Inżynierską. Ślub wzięli w 1958 roku.
Przeżyli z sobą 54 lata i 7 miesięcy. Był wspaniałym człowiekiem, że jak mówi pani Zofia Pan Bóg wynagrodził jej całe te lata niepokoju, strachu. Mąż był wyrozumiały człowiekiem, dwa lata młodszym od niej. Razem jeździli do ciotki i sam stwierdził, że to „kawał cholery”.
– Pierwsza nasza córka umarła zaraz po porodzie, potem syn w wieku 36 lata w 2009 roku. Dwa lata później mąż, który miał nowotwór, ale bardzo też przeżył śmierć dziecka. Zostały mi jedna córka, wnuki i pięcioro prawnuków.
Zofia może czuć się spełniona jako matka i babcia.
– Ciocią opiekowałam się do śmierci za to, że mnie wychowała i do komunii mnie przysposobiła i do ślubu i wesele mi zrobiła skromne. Ona chciała być pochowana w grobie mojej mamy, ale mówiłam jej, że nie pozwolę, bo ja tam chce być z nią. Nie była zadowolona, ale obiecałam, że spocznie na tym samym cmentarzu. Kiedy umarła sprzedałam jej mieszkanie i postawiłam pomnik z marmuru. W grobie mamy są prochy taty. To znaczy przywiozłam garść ziemi z miejsca, gdzie został zabity i spalony. Umieściłam je w białym woreczku, który sama uszyłam i wyhaftowałam na nim czarny krzyżyk.
Po latach Zofia ze swoim mężem pojechała do Pasiek i ludzie pokazali jej, gdzie zastrzelono jej ojca, a gdzie spalono jego ciało. Spotkali tam starszą kobietę, która skierowała ich do kuzyna. Chłopak miał wtedy 17 lat i kopał rowy dla tych rozstrzelanych. Poznali go i mogli z nim porozmawiać.
– Staram się tam jeździć na rocznicę śmierci mojego ojca.
Autor Mateusz Mazur

