Bohaterowie

Florian Antkowiak przeżył horror w czasie II wojny

Florian Antkowiak urodził się 28 kwietnia 1912 r. Jego ojciec to Stefan, a matka Weronika Matysiak.  Mieszkał w Wolsztynie przy ulicy 5 stycznia 39 i był sekretarzem notarialnym. Kiedy wybuchła wojna był aresztowany w masowej akcji przeciwko inteligencji polskiej. Gestapo złapało go 16 maja 1940 r. w Wolsztynie. Przewieźli najpierw do obozu przejściowym w Komorowie, a potem przebywał w Forcie VII w Poznaniu. Ostatecznie trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau 24 maja 1940. Trzy miesiące później przenieśli go do obozu w Gusen. Pracował tam w komandach Steinträger, Kastenhofen, Erbewegung, St. Georgen, Lager-kdo, Stassenbaui Hilfsbohrer przez trzy lata. i potem został wywieziony do obozu w Mauthausen. Potem do Wiener-Neudoft był na blokach 3 i 8. Po ewakuacji w marcu 1945 roku wrócił do Mauthausen Tam dostawał zastrzyki, przeprowadzali na nim jakieś eksperymenty. Miał wtedy chorobę o nazwie ropowica. Zwolniony w maju 1945 roku.

Tak wspominał Florian Antkowiak ten straszny okres w swoim życiu, który cudem przeżył.

Z powodu zbliżającej się Armii Radzieckiej pędzono nas około 2000 osób, w nieznanym kierunku. Ten marsz śmierci trwał około 10 dni. Codziennie maszerowaliśmy 10 godzin po 20 km.
Nasza trasa wynosiła 200 km. Każdego, kto osłabł, SS-mani wyciągali z szeregu i zabijali z pistoletu.
Prowadzili nas grupami – po stu więźniów i już pierwszego dnia z mojej grupy został na skutek osłabienia zastrzelony kolega Marian Michalski z Poznania.
Wydali nam na 3 dni po obozowej porcji chleba 250 gramów, którą przeważnie zgłodniali zjadali już pierwszego dnia. W czasie tego marszu morderczego jeść nam w ogóle nie dawali. Byliśmy tak wygłodzeni i wyczerpani, że po drodze zjadaliśmy wszelką trawę, pokrzywy oraz ślimaki, żaby. Mijaliśmy kopce z ziemniakami. Kilku zgłodniałych rzuciło się do nich. Zostali natychmiast zastrzeleni. Piliśmy po drodze wodę z przydrożnych ścieków deszczowych.
Największą udręką, oprócz głodu, był kilkudniowy deszcz. Cofająca się armia Wehrmachtu znajdowała drogę o twardej nawierzchni, a nas spędzono po poboczach przez wzniesienia i pagórki. Nocowaliśmy pod gołym niebem na polu i podmokłych łąkach. Jak ktoś nie był już zdolny o własnych siłach wstać i dalej maszerować, był przez SS-manów zabijany. Kiedy byliśmy już zupełnie wyczerpani, po 10 dniach tej męki dobiliśmy do celu podróży – Mauthausen. Dotarło nas zaledwie kilkuset – około 300 więźniów. W tym czasie z licznych pod obozów do centrali – obozu Mauthausen podążały liczne orszaki śmierci. Obóz był przeludniony i pozbawiony żywności. Dla porównania dodam, że z obozu Dachau z transportu w liczbie 4800 więźniów przybyło tylko 180, reszta zginęła po drodze z głodu. Numery obozowe pana Floriana: Dachau nr 10 882, Gusen nr 5929, Mauthausen (Wiener – Neudorf ( nr 33654(.

fragment wspomnień obozowych pana Floriana Antkowiaka, publikowanych w maju 1991 roku w ,,Głosie Wolsztyńskim” (5/6 1991)
Florian Antkowiak/mat.prywatne
Florian Antkowiak/mat.prywatne

Jerzy Antkowiak w momencie wybuduje drugiej wojny miał 4 lata i wraz z matką wyjechał z Wielkopolski do rodziny w Mińsku Mazowieckim. Tam mama robiła interesy, a on spędzał czas z ciotką Agatą. Czasami jeździł z nią do Warszawy. 

– Miałem siedem lat, kiedy po raz pierwszy poszedłem do opery na „Krainę uśmiechu”. Pamiętam, że siedzieliśmy na balkonie i kiedy kurtyna szła w górę, to ja miałem wrażenie, że lecę w dół! To było dla mnie tak magiczne uczucie, że aż z wrażenia… posikałem się! – uśmiecha się projektant. – Operę i teatr pokochałem całym sercem.

Pomagał ciotce przewozić towar na sprzedaż, czasami czuł, że jest to trochę niebezpieczne, ale był z siebie dumny i zadowolony. Bywał w różnych domach. Niektórym damom ukradkiem zaglądał do szaf i zachwycał się płaszczami, garsonkami.

Po powstaniu mama została wywieziona do Niemiec na roboty. Stamtąd udało się jej wyjechać do Kanady. 9-letni Jurek wraz z ciotką Agatą wrócił do Wolsztyna. Mamy już nigdy nie zobaczył… Tęsknił za nią, korespondował przez lata, ale nigdy nie udało się im spotkać.

Ojciec wrócił z obozu w lipcu 1945 roku do Wolsztyna. Wszedł do swojego domu.

– Gdzie jest Zosia powiedział do mojej matki chrzęstnej. A ten chłopiec to kto? A to Jurek – powiedziała ciotka. Nie poznał mnie ojciec – opowiadał Jerzy Antkowiak.

Florian Antkowiak z synem Jerzym

Florian ożenił się z ciotką Agatą. O swojej pierwszej żonie Zofii wspominał często, aby syn jej nie zapomniał. Po maturze Jurek musiał mocno przekonywać ojca, by puścił go na wrocławską ASP. Wybrał wydział ceramiki.

– Ojciec pytał, po co mi te plastyki – wspomina dziś. – Chciał dla mnie bardziej męskiego zawodu – opowiada Jerzy Antkowiak.

Ostatecznie spełnił swoje marzenia i został znamym projektantem i pożegnał Wolsztyn. Artysta mieszka w Komorowie i w tym roku skończył 90 lat. Jego ojciec Florian zmarł w 1996 roku.

Jerzy Antkowiak/Instagram

Autor Mateusz Mazur

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *