Bohaterowie

Historia rodziny Matczaków z Wielkopolski

Od 1795 roku aż do 1918 roku w wyniku III rozbioru, Polski nie było na mapie. Stolarz Władysław Matczak chcąc zarobić pieniądze wyjechał do USA. Po powrocie do Polski, terenów ówczesnego zaboru pruskiego, kupił kamienicę i niewielki dom w Golinie. Jego żoną została Jadwiga Górniewicz. 7 stycznia 1909 roku Władysławowi i Jadwidze Matczak urodził się pierwszy syn Jan. W kolejnych latach, Jan doczekał się młodszego rodzeństwa: siostry Salomei i dwóch braci Józefa i Władysława.  Dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Jan już w wieku 16 lat poszedł do pracy do młyna w Golinie. W późniejszych latach dołączył do niego również i jego młodszy brat Józef. Szefowa młyna miała piekarnię, dlatego Jan i Józef dostawali do domu bochenki chleba. Ich ojciec Władysław trzymał przyniesione przez dzieci jedzenie pod kluczem i wydzielał według uznania. Jego rodzina nie miała z nim lekkiego życia. Nawet w przyszłości, kiedy odwiedził go jeden z jego wnuków Stanisław – syn Jana, Władysław w trakcie wizyty siedział na skrzyni, w której były pieniądze zarobione przez niego w USA. W ten sposób, pilnował on swojego dobytku. Żona Władysława Jadwiga zmarła w 1931 roku w wieku 58 lat w połowie osierocając 22-letniego Jana, 21-letnią Salomeę, 19-letniego Józefa i 18-letniego najmłodszego syna Władysława, który odziedziczył imię po swoim ojcu, a w późniejszych latach również i kamienicę w Golinie, do której przygarnął swojego ojca na stare lata. Z pozostałymi dziećmi Władysław Senior nie utrzymywał kontaktu, a pod koniec swojego życia podał ich do sądu, z racji, że nie dają mu pieniędzy na jego utrzymanie. Sprawa oczywiście nie została rozpatrzona pozytywnie dla Władysława, ale jego dzieci i tak postanowiły przeznaczać jakąś kwotę co miesiąc na jego utrzymanie, żeby przede wszystkim wspomóc w tym ich najmłodszego brata. Władysław zmarł 20 kwietnia 1964 roku dożywając niecałych 88 lat.

Helena, córka Wojciecha i Marianny Karnafel urodziła się w 5 listopada 1912 roku w Golinie. Miała siedmioro rodzeństwa: 4 starszych braci, jedną starszą i jedną młodszą siostrę.  Ojciec Wojciech był opiekuńczy dla swoich dzieci, a później dla swoich wnuków. Lubił spędzać z nimi czas. Jeździli m.in. do lasu po szyszki. Mawiał wtedy: “No chłopaki, idziemy nasorgować opału, szyszek na zimę, żeby było ciepło”. Na co dzień pracował w golińskim młynie jako wozak. Przewoził mąkę z młyna do Kleczewa, Kazimierza Biskupiego, czy Stawiszyna. Władysław Karnafel był pierwszym dzieckiem Wojciecha i Marianny, najstarszym bratem Heleny. Urodził się w 1901 roku. Niestety, w wieku 15 lat poważnie zachorował i zmarł. Został pochowany w grobie swoich dziadków Szygendów. Wojciech był drugim synem Wojciecha i Marianny. Urodził się w 1903 roku. Nie był to człowiek zbyt pracowity. Jego żona Antonina pracowała za siebie i za niego. We wszystkich obowiązkach wyręczała swojego męża, który w tym czasie spacerował po Golinie i upajał się napojami wprawiającymi go w lepszy nastrój. Wojciech spał w łóżku w butach filcowych. Trzeci syn Wojciecha i Marianny, Antoni urodził się w 1905 roku. Jan Karnafel, brat Heleny, urodził się w 1906 roku. Był chrzestnym najstarszej córki Heleny, Jadzi. Miał swoją piekarnię, jednak po II wojnie światowej wyjechał do Nietkowa. Starsza siostra Heleny, Józefa urodziła się w 1908 roku. Wyszła za mąż za malarza pokojowego – Władysława Tomaszewskiego. To było bardzo zgrane i szczęśliwe małżeństwo. Władysław lubił zabierać swoją żonę na różne wypady, często niespodziewane. Józefa zostawiała wtedy wszystko, w tym pranie i wychodziła ze swoim mężem. Dla Heleny, takie zachowanie siostry było nie do pomyślenia. W końcu jak można zostawić swoje obowiązki, w tym niedokończone pranie i udać się gdzieś w celach rozrywkowych. Helena była bardzo skrupulatna, obowiązkowa i pracowita. Praca w domu, opieka nad potomstwem i liczne obowiązki często nie pozwalały jej nawet na najmniejszą chwilę odetchnienia, rozrywki czy oddania się swoim pasjom. Najmłodszy brat Heleny, Józef urodził się w 1914 roku. W dorosłym życiu poślubił Mariannę, ale nigdy nie doczekali się potomstwa. Często odwiedzał swoją starszą siostrę Helenę, lubił też bawić się z jej dziećmi. Opiekował się, m.in. jej córką Jadzią. W tym czasie Helena mogła zająć się swoimi obowiązkami domowymi. Józef często pomagał swojej siostrze, wzajemnie bardzo się szanowali. Po wybuchu II wojny światowej, Józef został zabrany do pracy na terenie Niemiec. Nie zapominał jednak o Helenie i jej rodzinie. Pewnego razu w wielkiej paczce przysłał zabawki dla dzieci swojej siostry, m.in. wielką lalę dla Jadzi.
Helena, pomimo że była osobą cichą, wyciszoną i wydawałoby bardzo smutną, bardzo lubiła tańczyć, choć tak naprawdę natłok codziennych obowiązków nie pozwalał jej na oddawanie się swojej pasji. Ponadto w młodości należała do chóru kościelnego. Brała udział m.in. w obchodach wspomnienia św. Cecylii, patronki muzyki kościelnej, obchodzonego w Kościele Katolickim 22 listopada. Tego dnia Helena mogła oddać się w wir tańca. Helena była osobą bardzo schludną. Zawsze powtarzała: “Ubogo, ale chędogo”. Już w najmłodszych latach poznała, co to znaczy być biednym. Jej rodzice, Wojciech i Marianna w okresie międzywojennym wyjeżdżali do Niemiec, do pracy, żeby zarobić pieniądze na życie. W tym czasie ich dzieci zostawały pod opieką swoich dziadków: Wojciecha i Wiktorii Szygendów. Helena wspominając ten okres w dorosłym życiu, mówiła, że chodziła głodna.
Helena gotowała bardzo smacznie. Mięso przygotowywała trzy razy w tygodniu. Często były to kotlety mielone, do których z racji oszczędności można było dodać bułki, czy innych składników, żeby trochę przyoszczędzić. Pomimo tego, danie i tak było wyśmienite. Przyrządzała też placki ziemniaczane, pyry z gzikiem, przecierane kluski z cebulą i smalcem czy okraszoną tłuszczem i wodą z octem sałatę z ziemniakami. Nawet kiedy w domu było akurat mniej pieniędzy, Helena potrafiła z niczego ugotować pyszny posiłek. Lubiła też piec ciasta, m.in. babki.

Jan Matczak poślubił Helenę Karnafel 17 października 1933 roku. Zamieszkali w domu przy kamienicy w Golinie przy ulicy św. Benona (obecnie ulica Staromiejska). Rok później 20 września 1934 roku na świat przyszła ich pierwsza córka Jadzia. W wieku 2 lat dziewczynka poważnie zachorowała, a jej stan zdrowia był krytyczny. Na szczęście w tym czasie do młyna przyjechała kuzynka, która była lekarką. Zbadała Jadzię i dała chorej leki. Jej stan zdrowia natychmiast się poprawił, a już następnego dnia dziewczynka jadła ze swoimi rodzicami przygotowany przez Helenę pyszny obiad. Podczas spożywania posiłku do domu wpadła ciocia Jasia, siostra matki Jana. Na widok wracającej do sił Jadzi, która dzień wcześniej była umierająca, wykrzykiwała “O Świętości!” ze szczęścia. Dom, w którym mieszkali Matczakowie składał się z dwóch części. Po jednej stronie znajdował się pokój i kuchnia, tą część zamieszkiwali Jan, Helena i ich dzieci. Po drugiej stronie znajdował się duży pokój, w którym mieszkała ciocia Jasia. Naprzeciwko domu, po drugiej stronie ulicy mieszkała rodzina żydowska. Jadzia lubiła się bawić z ich córką. Kiedyś podczas odwiedzin Jadzi w żydowskim domu, dziewczynki dostały do jedzenia skibkę chleba z wodą i cukrem. 20 czerwca 1937 roku na świat przyszedł syn Jana i Heleny Matczaków, Stanisław. Poród dla Heleny nie był łatwy, dostała krwotoku. Na szczęście, wszystko dobrze się skończyło. Ciocia Jasia częstowała Stasia często marchewką, a chłopiec w zamian za warzywo musiał ucałować ciocię w rękę. 18 maja 1939 roku urodził się drugi syn Heleny i Jana, Jurek.
1 września 1939 roku… Był piękny, słoneczny, piątkowy dzień. Helena robiła pranie, a Jadzia bawiła się ze swoją koleżanką Żydówką pod akacjami nieopodal ich domów. Jan w tym czasie był w pracy. Cały czas pracował jako czeladnik młynarski w golińskim młynie. Tego dnia, Jan wrócił z pracy szybciej, wpadł do domu i krzyczał: “Musicie się schować!”. Po tych słowach wrócił do swoich obowiązków w młynie. Kilka godzin wcześniej, ok. godziny 4:45 Niemcy rozpoczęli ostrzał polskiej Wojskowej Składnicy na Westerplatte. Tak rozpoczęła się II wojna światowa. Nieopodal Goliny zaczęto bombardować stację kolejową. Helena wsadziła Jurka do wózka, przy którym czekała już w gotowości Jadzia. W kamienicy obok, Stanisława, która była żoną Władysława, najmłodszego z braci Jana, wsadziła do wózka córkę Zofię. Tak obie rodziny rozpoczęły ucieczkę na południe w stronę Kolna. Po drodze minęły Kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, lasy, rzeczkę, aż w końcu dotarli do wielkiego pastwiska, na końcu którego mieściły się stodoły, w których ukryły się rodziny z dziećmi. W całym tym zamieszaniu, Helena zapomniała o swoim synu Stanisławie. Ten bezpiecznie bawił się przez ten czas przy kapliczce przydrożnej. Zauważyła go jego ciocia Jasia, która zabrała go na ten czas do siebie. Następnego dnia rodziny szczęśliwie wróciły do domów. Niestety, nie wszyscy mieszkańcy Goliny mieli tyle szczęścia. Wielu z nich podczas bombardowania zostało rannych, a niektórzy przypłacili to życiem. Jan został oddelegowany do grupy osób sprzątającej. Na ulicach, w rowach przydrożnych leżały zwłoki, często z pourywanymi rękoma, czy nogami, uszkodzonymi głowami, z wnętrznościami wydostającymi się na powierzchnię ciała. Jan musiał to uprzątnąć. Obrazów, które musiał wtedy oglądać, nie zapomniał już do końca swojego życia. W wyniku stresu wynikającego z wybuchu wojny, Helena straciła pokarm.
W czasie wojny Jan dostał przesiedlenie do pracy do młyna w Szetlewku, wsi w gminie Zagórów. Tam też przeprowadził się ze swoją rodziną. Początkowo dostali jeden niewielki pokój w domu zamieszkiwanym przez panią Pakulską. Mieścił się on na skrzyżowaniu głównej drogi w Szetlewku z drogą prowadzącą do Stanisławowa. Po jakimś czasie rodzina Matczaków przeniosła się do domu mieszczącego się kilka metrów wcześniej. Mieszkali w części domu od strony ulicy. Po drugiej stronie mieszkał stolarz, który wybudował sobie trumnę, w której spał. Bał się ataku szczurów, a to nietypowe łóżko miało mu zapewnić ochronę podczas snu. W tym domu 2 kwietnia 1942 roku na świat przyszła druga córka Jana i Heleny, Janina. W czasie wojny, po urodzeniu dziecka, rodzice musieli od razu zgłosić ten fakt w urzędzie stanu cywilnego. Niestety, Jan spóźnił się o kilka dni. W obawie przed konsekwencjami, zgłosił datę urodzenia Janiny jako 7 kwietnia 1942 roku. Ta data oficjalnie została przypisana dziewczynce już na resztę jej życia. Janeczka była bardzo chorowitym dzieckiem. Pewnej mroźnej zimy, w odwiedziny do Matczaków przyszła koleżanka Heleny. Od razu po wejściu z dworu udała się do Janeczki, przez co zaziębiła dziewczynkę.
Ponieważ Jan pracował w młynie, jego rodzinie nigdy nie brakowało chleba. Szefowa młyna zawsze o nich dbała. Nie było jedynie tłuszczu. Helena hodowała kaczki i gęsi. Gotowała przecierane kluski z mąki, a następnie wkładała je na siłę gąsiorowi do dzioba. Kiedy już nie mógł, wpychała resztę na siłę kopystką. Dostęp do podstawowych produktów w tamtych latach na wsiach i w małych miastach nie był tak osiągalny jak dzisiaj. Często metody zaopatrywania się w podstawowe składniki choć niehumanitarne, były po prostu niezbędne. W czasie okupacji sołtysem Szetlewka był Niemiec. Powszechne były wtedy spisy dobytku, zapisywano, co kto trzyma na posesjach. Dzień przed takim spisem, sołtys, pomimo swojej narodowości, przyszedł do domu, w którym zamieszkiwali Matczakowie i ostrzegł Helenę sugerując, aby na czas kontroli ukryła gęsi i kaczki. W końcowym czasie wojny, Matczakowie przeprowadzili się do oddalonego o 1,5 kilometra od Szetlewka Stanisławowa. Zamieszkali u pani Stanisławskiej.
W Golinie mieściły się piekarnie, w których zaopatrywano się w chleb. Niestety mieszkając w Stanisławowie chleb trzeba było piec samemu. Helena nigdy tego wcześniej nie robiła. Na początku trzeba było napalić w piecu mieszczącym się w sieni. Następnie wymiatało się popiół i inne pozostałości spalania, a potem na okrągłych koszach umieszczało się chleb. Helena jednak nie wiedziała jak długo należy piec chleb, aby był gotowy, a właścicielki posesji akurat nie było w tym czasie w domu. Na szczęście Helenie udało się wyczuć idealnie czas potrzebny na odpowiednie upieczenie chleba i efekt finalny był perfekcyjny.
W 1945 roku wojska rosyjskie wkroczyły na tereny ziem Wielkopolski. Żołnierze przejeżdżali przez Szetlewek na koniach. Jeden z mężczyzn chwycił stojącą wtedy przy drodze Jadzię i posadził na koniu, ale po ujechaniu z nią kilku metrów odstawił z powrotem. Wojska dotarły też do młyna. W między czasie wszyscy pracujący tam Niemcy uciekli. Rosjanie wypytywali Jana, o to, czy na terenie młyna są jeszcze jacyś Niemcy. Pomimo zapewnień Matczaka, wojska rosyjskie i tak skrupulatnie sprawdzali obszar. W młynie pracowały też osoby oporządzające konie, mieli nawet małe pomieszczenie przy stajni, w którym ucinali sobie drzemki. Kiedy Rosjanie postanowili sprawdzić stajnię, znaleźli śpiącego mężczyznę w oficerkach. Od razu wzięli go za Niemca, pomimo zapewnień Jana, że jest to Polak. Rozwścieczeni Rosjanie, przystawili karabin do skroni Matczaka. Na szczęście nie oddano strzału, a Jan wyszedł z całej sytuacji cało. W czasie, kiedy wojska rosyjskie przemierzały tereny Polski, kobiety chowały się. Bały się spotkania z Rosjanami, którzy gwałcili je. Kiedy wojska rosyjskie wracały już do siebie, Rosjanie kradli wszystko, co napotkali na swojej drodze. Potrafili nawet przejąć całe stado krów. Oczywiście, takie zwierzę nie jest w stanie przejść tylu kilometrów, więc po drodze krowy padały.
1 maja 1945 roku urodził się kolejny syn Jana i Heleny Matczaków, Wojtek. Tydzień później, 8 maja w Europie zakończyła się II wojna światowa bezwarunkową kapitulacją Niemiec. Po wojnie rodzina Matczaków przeprowadziła się do domu, mieszczącego się w pobliskim lesie na terenie Trąbczyna B. Kiedy Wojtek miał 2 lata, jego mama Helena rozchorowała się. W domu, w którym mieszkała rodzina Matczaków, mieszkała również Niemka, która miała wnuczkę w wieku Janeczki. Starsza pani pomagała Helenie w codziennych czynnościach domowych. Pewnej soboty Niemka postanowiła umyć drewnianą podłogę w kuchni. Zagrzała w tym celu wodę, którą następnie przelała do wiadra. Po zimną wodę poszła do studni. W tym czasie dzieci bawiły się w pokoju. W pewnym momencie niesforny 2-letni Wojtek gdzieś zniknął. Okazało się, że podszedł on do wiadra z gorącą wodą, przechylił je w swoją stronę i wylał wodę na swoją rękę, bok i nogę. Przy ściąganiu z niego ubrania, schodziła też skóra. Po silnym oparzeniu, Wojtek leżał w wózku przykryty jedynie cienkim płótnem. Kiedy Helena zdejmowała z niego okrycie, chłopiec krzyczał. Bał się smarowania ran, bo zdążył już poznać, że odczuwa się przy tym niewyobrażalny ból. W pewnym momencie Wojtek zaczął dostawać przedśmiertnych drgawek. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a chłopiec wydobrzał.
Józiu był szóstym dzieckiem Jana i Heleny Matczaków. Urodził się 7 lipca 1947 roku. Na chrzest chłopca przyjechała mama Heleny – Marianna Karnafel wraz ze swoim synem Józefem. Po chrzcie mały Józiu zachorował. Na jego ciele pojawiła się dziwna wysypka. W okolicy nie było wtedy żadnych lekarzy. Szefowa młyna jako starsza i doświadczona osoba podpowiadała Helenie, jakimi sposobami może pomóc wyzdrowieć swojemu dziecku. Pewnego dnia z ciała małego Józia zniknęły krosty. Helena kazała Jadzi zagrzać mleko dla zdrowiejącego według niej Józia. Kiedy Jadzia przyniosła mleko, Helena spojrzała na swoją córkę i rzekła: “Już nie potrzeba, bo Józiu nie żyje”. Józef zmarł 27 sierpnia dożywając zaledwie 7 tygodni. Został pochowany w Trąbczynie w malutkiej trumience. Po wielu latach, Józiu został przeniesiony do Konina, gdzie zamieszkiwała ówcześnie jego rodzina. Z trumienki zostało kilka deseczek, a z ciała kilka większych kości. Całość schowano do drewnianej skrzynki wykonanej przez brata Józia – Jerzego i pochowano na Cmentarzu Parafialnym św. Bartłomieja przy ulicy Kolskiej w Koninie w sektorze grobów dziecięcych. Dzisiaj spoczywa w grobie ze swoimi rodzicami.
30 września 1948 roku urodziła się Elżbieta, trzecia córka Jana i Heleny, a dwa lata później 10 września 1950 roku na świat przyszła Maria, będąca ostatnim, najmłodszym dzieckiem Matczaków. Podczas porodu Helena dostała krwotoku.
Po wojnie Stanisław ze swoimi braćmi chleb dla swojej rodziny kupowali w oddalonym od ich domu kilka kilometrów Rzgowie. W późniejszych latach chodzili do Trąbczyna. W tamtych czasach łóżka wyglądały inaczej niż te znane nam dzisiaj współcześnie. Nie było na nich materacy, a duże płócienne worki wypchane słomą zwane siennikami. Raz na jakiś czas słoma była wymieniana.

Autor Dawid Andrzejczak

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *