People

Józef Markiewcz bronił wybrzeża w Gdyni

Józef Markiewicz urodził się w 1915 roku w Radomicku  w rodzinie, w której miał 12 rodzeństwa. Jego matka była Niemką, Anna Hofman, a ojciec Polakiem Jakub Markiewicz. Uczył się na kowala i gdy poszedł do wojska okazało się, że ma niesamowicie wydolne płuca. Wzięli go na marynarza i nurka. Był na okręcie „Nurek” w Gdyni Oksywie, gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna. O godzinie 14 nadleciały 32 bombowce nurkujące i zaczął się ostrzał. Zbombardowano okręty  „Nurek”, „Mazur” i holownik „Wanda”. Józef cudem przeżył.

– Kilkanaście minut po 12.00 usłyszałem ryk nadlatujących bombowców, które zaatakowały dwa okręty polskie znajdujące się w zatoce dla obrony portu. Były to: jeden minowiec i jeden torpedowiec. Zostały uszkodzone. Zmuszone były wyładować miny i torpedy.  Zdążyły zacumować w porcie na Helu. Będąc w kajucie usłyszałem wybuchy. Natychmiast wskoczyłem do włazu ażeby wyjść na pokład. W tym czasie bombowce były już nad naszym okrętem. Gdy stanąłem na pokładzie pierwsza bomba uderzyła w prawa burtę uszkadzając kajuty. Siłą podmuchu bomby i wody zostałem wyrzucony na molo będąc tylko w spodenkach. Po kilku sekundach druga bomba uderzyła w lewą burtę. Zdążyłem  w tym czasie odbiec parę kroków dalej. W tym samym czasie trzecia bomba uderzyła w środek okrętu rozsadzając maszynownię. Okręt szybko zaczął tonąć – opisywał Józef Markiewicz.

Potem jako nurek wyciągnął spod wody działa i karabiny maszynowe z „Mazura”.  3 września  Niemcy zaatakowali Hel i zatopili „Gryfa” i ” Wichera” i stamtąd Markiewicz wydobył uzbrojenie.

– Około 17 września 1939 roku Niemcy zajęli Oksywie. Zawieziono nas, nurków,  motorówką na Hel, aby wymontować  działa z zatopionych okrętów: minowca i torpedowca. Była to najcięższa praca. Ogromne śruby, którymi przykręcone było działo do płyty od statku były zardzewiałe. Trudno je było odkręcić, ale zadanie wykonaliśmy. Działa zostały przewiezione dźwigiem pływającym na ląd przy basenie. 

2 października 1939 roku poszedł do niewoli. Był w dwóch obozach jenieckich i cudem wrócił do Wielkopolski w polskim mundurze.

– Wróciłem z niewoli do domu w polskim mundurze marynarskim i przechowałem go do końca wojny. Już 15 kwietnia 1945 roku wróciłem do tworzącej się marynarki w Gdańsku. Była to służba trudna,  bez floty i zaplecza.

W czasie wojny podjął pracę jako kowal w Wilkowicach w niemieckiej kuźni, gdzie był zatrudniony przed wojną. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Annę. Chciał ożenić się z nią i musiał dostać na to zgodę władz niemieckich. Wtedy wyszło, że jego matką była Niemką i kazali mu podpisać Volkslisty. Nie zgodził się, bo czuł się Polakiem. Był za to katowany na Gestapo w Lesznie wielokrotnie, a potem przewieziony został do Fortu VII w Poznaniu. Znowu miał szczęście, bo w drodze do obozu w Żabikowie uciekł z transportu. Ponownie wrócił do domu i wziął ślub z Anną Gębaczką w 1946 roku. Józef Markiewicz dożył starości jako szczęśliwy małżonek Anny, ojciec ósemki dzieci i pracując jako kowal w Bukówcu Górnym. Zmarł w 1998 roku.

Autor: Mateusz Mazur

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *