Jadwiga Kałka, 91 lat
1 września 1939 roku Jadwiga, która mieszkała na Woli w Warszawie miała iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej.
-Już byłam przygotowana, ubrana i szykowałam się do wyjścia do szkoły. Wtedy wybuchła wojna. Potem nie miałam możliwości się uczyć – wspominała.
Ojciec Jadwigi, Bronisław Kałka był policjantem i kiedy zaczęła się wojna znalazł się w dużych tarapatach. Gestapo go szukało.
– W dniu swoich imienin, 3 września był z kolegami w kawiarni. Chciał świętować. Niestety wpadli tam Niemcy i wszystkich aresztowali, którzy tam byli. Najpierw tatę wywieźli na Pawiak, a później do Treblinki. Wiedziałyśmy o tym, bo kolega ojca uwolnił się z obozu i odnalazł matkę w sklepie, który prowadziła na ulicy Ogrodowej. Przyniósł jej smutne wieści o śmierci męża.
Potem matka wywiozła swoje dwie córki do rodziny w Otwocku. Ona została, żeby prowadzić dalej sklep.
Dwa miesiące przed Powstaniem Warszawskim pani Janina wynajęła mieszkanie koło swojego miejsca pracy. Nie chciała przemieszczać się z jednego miejsca na drugie, bo ciągle były łapanki na mieście. Ściągnęła też do pomocy najstarszą córkę, Jadwigę. 1 sierpnia zastał je na ulicy Ogrodowej. Słyszały pierwsze wstrzały. Nie daleko na ulicy Żelaznej byli powstańcy. Matka postanowiła, że zostaną w sklepie i będą spać na antresoli. Nie chciały ryzykować przemieszczaniem się do wynajmowanego lokum. Po dwóch tygodniach postanowiła zabrać kilka rzeczy ze swojego mieszkania na ulicy Wolskiej. Poszła tam i przeżyła tragedię. Okazało się, że w dniach 5-6 września Niemcy zabrali wszystkie osoby z jej bloku i zabili. Dom był pusty. Spotkała sąsiadkę z innej kamienicy, która przekazała jej te wstrząsające informacje. W tym czasie zabito około 50 tysiecy cywilów.
– Chyba Pan Bóg czuwał nad nami. Dzięki temu żyjemy, że tam się przeprowadziłyśmy. Gdyby nie mama to by mnie tutaj nie było – opowiada Jadwiga.
W czasie powstania pani Kałka zanosiła powstańcom jedzenie, a za to dostała od nich ubrania, które czasami udawało jej się sprzedać. Po kapitulacji Niemcy wszystkich cywilów wyprowadzili z Warszawy do obozu w Pruszkowie.
– Mama wzięła pierzynę i do niej wsadziła moje rzeczy i zrobiła z tego rodzaj plecaka, który założyła mi na plecy. Ona wzięła drugi tobołek i ruszyliśmy w ciężkim pochodzie do Pruszkowa. W czasie drogi ona widziała, że jestem zmęczona i ściągnęła mi tą pierzynę i wyrzuciła do rowu. Oburzyłam się i powiedziałam: „Dam radę nieść. Tam są moje ubrania”. I ona pobiegła i zabrała ją z powrotem. Dużo ryzykowała, bo przecież Niemcy szli obok nas z bronią wycelowaną w nas. Udali, że tego nie widzą. Ta pierzyna uratowała nam życie. W obozie nie było żadnych łóżek, tylko beton. Mieliśmy na czymś spać.
Po kilka dniach Janinę i Jadwigę wsadzili do pociągu i wywieźli do Opola na roboty. Na dworcu czekali na nich niemieccy farmerzy. Jeden z nich zabrał je do siebie na gospodarstwo.
– Moja mama, która w życiu tego nie robiła, doiła krowy, sprzątała tam. Państwo mieli starszą córkę ode mnie o 4 lata. Była bardzo złośliwa wobec mnie. Zamknęła mnie w takim wychodku i wszyscy poszli do pracy w pole. Krzyczałam i uwolnili mnie rodzice gospodarza, którzy zajmowali dom obok. Oni byli dobrzy dla nas. Przynosili po kryjomu jedzenie dla mnie i mamy.
Gospodarz pozwolił im jeść przy jednym stole, ale jego żona nie lubiła swoich nowych gości.
– Sąsiadka tych gospodarzy uprzedziła nas, że to Ślązaczka, więc rozumiała po polsku. Musiałyśmy się pilnować przed nią. Któregoś dnia ona powiedziała do męża, że my jemy za dużo, a on na to: „Jak chcesz, żeby pracowały to muszą dobrze się odżywiać. I mama jak to usłyszała odstawiła talerz i powiedziała, żeby jedli sobie sami. Ta jego Niemka nieźle się wtedy zdenerwowała – śmieje się Jadwiga na wspomnienie tamtych czasów.
Po kapitulacji Niemców obie wróciły do zbombardowanej, spalonej Warszawy. Sklep i mieszkanie było zrujnowane. Zatrzymywały się u rodziny, aż nie dostały swojego lokum.

