Irena Santor z domu Wiśniewska urodziła się w Papowie Biskupim w 1934 roku. Rok później mieszkała już z rodziną w Solcu Kujawskim. Tam Niemcy i Polacy żyli w symbiozie.
– Pamiętam, że my uciekaliśmy z rodzicami do babci przez lasy. Baliśmy się, bo wszystko odbywało na rowerach, pieszo, a Niemcy latali nad naszymi głowami. Ludźmi szli szosą ze zwierzętami, a oni strzelali do nas z tych samolotów. Miałam 5 lat i takie obrazy mi zostały. Potem wszyscy leżeli zabici. U babci już byliśmy bezpieczni. Rodzice zostawili mnie tam, a sami wrócili do Solca Kujawskiego.
Ojciec Ireny Bernard został zaaresztowali, gdy chciał wejść do domu. Wydał go sąsiad – przyjaciel Niemiec, chociaż przed wojną wielu Polaków przyjaźniło się z obywatelami niemieckimi. Tak działała Piąta kolumna, kiedy jeszcze nie było administracji. Zginęło wtedy w tej miejscowości 49 mężczyzn w Solcu.
– Po cichu ich zabili i pozbyli się ciał, żeby nie było śladów. Chowali ciała w nieznanych miejscach, albo topili w Wiśle. Byłam wtedy u babci i nie byłam świadkiem, ale mama widziała, jak prowadzili ich z więzienia ulicą i mój ojciec krzyczał „Jeszcze Polska nie zginęła”. On zginął z innymi. Potem powstał symboliczny grób, gdzie zostało pochowanych 5 z nich i zamieszczono tablicę pamiątkową. Ten Niemiec, który wydał ojca potem się czepiał, a przed wojną bywał u nas w domu. Nazywał się Muzolf i po wojnie z innymi uciekł do Niemiec. Nikt go nie rozliczył.
Matka z córką wróciły od babci do Solca Kujawskiego, gdzie pani Wiśniewska pracowała m.in. jako krawcowa. Czasami dostawała kawałek masła albo jarzyny jakieś z ogrodów. Jeśli ktoś nie miał zatrudnienia mogli go wywieźć na roboty do Niemiec.
– Pamiętam jak mama ciężko pracowała, nawet musiała kopać fundamenty pod fabrykę zbrojeń koło Solca. Potem wracała i szyła. Babcia mogła coś uprawiać w ogródku, czy wyhodować jakąś kurkę. Chociaż zwierzęta były policzone i większość trzeba było oddać. Rolnicy robili specjalne schowki na ziemniaki, żeby coś ukryć przed okupantem.
– Nie wiem, dlaczego ludzie w czasie wojny się tak zmienili. Jedni byli porządni, a w drugich jakby diabły wstąpił. Hitler miał wielki na nich wpływ swoimi przemowami i on sam był jak diabeł. Byliśmy wszyscy mocno zastraszeni i myślałam nawet, że mi to zostanie na całe życie. Jak szłam na chodniku, a z daleka widziałam Niemca to schodziłam na jezdnie. Tylko żeby się z nim nie spotkać. Zawsze też miałam spuszczoną głowę. Nie chciałam zwracać na siebie uwagę, jakby miała czapkę-niewidkę.
Irena w czasie okupacji chodziła do szkoły dla Polaków, gdzie uczyła się tylko po niemiecku.
– Oni myśleli, że wrócili po 20 latach i teraz znowu to będą ich tereny. Na szczęście mama uczyła mnie po polsku w domu, więc jak po wojnie poszłam do naszej klasy to umiałam już trochę czytać. W ciasnej izbie urządzono miejsce do dzieci i mieliśmy nauczycieli, bo przyjechali tutaj ludzie za Buga.
Gdy wojna się kończyła Irena pamięta jak Niemcy uciekali i brali co było pod ręką. Jeden z nich powiedział, że nigdzie nie pojedzie, bo czuje się porządnym człowiekiem. Gdy weszli Rosjanie to jego pierwszego wyciągnęli z domu i zastrzelili.
– Nikt nie gonił Niemców i im się upiekło. Zapewne wielu z nich, jak również ten, który wydał mojego ojca dożył sędziwego wieku. Gdy pojawili się Rosjanie musiał być wśród nich wysoko postawiony oficer, bo nie było żadnych gwałtów na Polkach.
Po wojnie zdała sobie sprawę, że to był sukces, że z mamą wojnę przeżył. Niestety gdy miała 16 lat umarła jej matka w 1949 roku.
Autor Mateusz Mazur
