Urodziłem się w 1939 roku wsi na Mazowszu, 5 kilometrów od Niepokalanowa. Moje dzieciństwo przypadło na trudne czasy wojny i pierwsze lata powojenne. Mieszkaliśmy z rodzicami w domu krytym strzechą. Warunki były skromne, a cała rodzina musiała zmieścić się w jednej izbie.
– To była jedna izba. Za ścianą była obórka, gdzie krowa była – wspominam.
Miałem dwóch braci. Jeden urodził się w 1931 roku, a drugi w 1936 roku. Byli ode mnie starsi, więc pamiętali więcej z tamtych czasów. Ja byłem najmłodszy, ale wiele obrazów z dzieciństwa zostało mi w pamięci do dziś.
Nasz dom stał w okolicy, z którą rodzice byli związani od lat. Ojciec miał na imię Władysław, a mama Stanisława. To tutaj założyli rodzinę i zbudowali dom, w którym spędziliśmy znaczną część życia.
W tym domu mieszkałem jeszcze do 1974 roku. Dopiero z czasem zaczęły powstawać kolejne budynki. Pamiętam, że w latach pięćdziesiątych budowaliśmy dom po drugiej stronie drogi dla jednego z braci, który zakładał własną rodzinę.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, że wszyscy mogli mieszkać w jednej izbie. Wtedy jednak ludzie żyli inaczej. Nie mieliśmy takich wygód jak obecnie, ale musieliśmy sobie radzić.
Czasy wojny
W czasie okupacji niemieckiej w naszej okolicy pojawiali się niemieccy żołnierze. Nie wiem dokładnie, gdzie mieli swoje kwatery, ale na pewno gdzieś w pobliżu stacjonowali. Pamiętam jednego wysokiego mężczyznę w mundurze Wehrmachtu, który miał pod swoją kontrolą naszą okolicę. Przychodził do nas po jajka. Miałem wrażenie, że był z nami w pewnym sensie zaprzyjaźniony. Dowodził innymi żołnierzami, ale nie był tym, który później pobił mojego ojca.
Podczas okupacji obowiązywały różne nakazy dotyczące pracy. Jednym z nich było oczyszczanie rowów, przepustów i mostów. Ludzie musieli stawiać się do takich prac. Nazywano to szarwarkiem. Każdy miał obowiązek uczestniczyć w tych robotach.
Pamiętam sytuację, kiedy ojciec dostał od sąsiada konia. Pożyczył go, żeby móc pracować na swoim polu. Poszedłem z nim. Ojciec orał ziemię, kiedy drogą przejeżdżało dwóch niemieckich żołnierzy na rowerach. Zainteresowali się, dlaczego nie ma go przy oczyszczaniu rowów.
Nie pomogło to, że ojciec pracował na własnym gospodarstwie. Niemcy uznali, że nie wykonuje ich polecenia. Zaczęli go bić pałkami.
Byłem wtedy razem z nim. Ojca położyli na miedzy, czyli pasie ziemi oddzielającym pola. Żołnierze go kopali i pałowali. Pamiętam, że obowiązywała wtedy straszna zasada: człowiek miał leżeć i nie próbować uciekać, bo w przeciwnym razie mogli go zastrzelić. Ojciec wolał więc wytrzymać bicie, niż ryzykować, że Niemcy użyją broni.
W końcu żołnierze odjechali. Wrócili na rowery i ruszyli dalej, kontrolując okolicę. Ojciec jakoś dotarł do domu. Na wsi ludzie wiedzieli, jak pomagać sobie w takich sytuacjach. Smarowano obolałe miejsca i robiono wszystko, żeby poszkodowany doszedł do siebie.
To były trudne czasy. Człowiek nigdy nie wiedział, co może go spotkać, nawet podczas zwykłej pracy na własnym polu.
Krowa, króliki i kury. Każdy ratował się, czym mógł
W gospodarstwie mieliśmy krowę, bo trzeba było mieć mleko. Ojciec hodował również króliki pod kuchnią, a były też kury. Dzięki temu mogliśmy zdobywać podstawowe produkty spożywcze.
– W tym czasie każdy się ratował, czym mógł – opowiadam.
Nie było tak, że szło się do sklepu i kupowało wszystko, na co człowiek miał ochotę. Trzeba było korzystać z tego, co było pod ręką. Każde jajko miało znaczenie, a jedzenie przygotowywało się tak, żeby wystarczyło dla wszystkich.
Doskonale pamiętam poranki, kiedy mama wstawała bardzo wcześnie i szykowała posiłki. Ojciec i bracia pracowali, więc trzeba było przygotować im jedzenie na cały dzień.
– Mama o wpół do czwartej wstawała, gotowała już obiad. To były zacierki na mleku i ziemniaki – wspominam.
Kiedy wychodziliśmy, żeby dojechać do pracy lub szkoły, wszystko musiało być już przygotowane. Do pociągu chodziliśmy w stronę stacji Szymanów.
Ja do szkoły zabierałem kanapki z jajkiem. Cały czas to samo – opowiadał pan Stefan.
Kury były więc dla nas bardzo ważne. Dzięki nim mieliśmy co jeść, nawet jeśli nie mogliśmy pozwolić sobie na wiele innych produktów.
Pamiętam też powiedzenie, które dobrze oddawało ówczesne życie:
– Przyszła niedziela, to był kawałek mięsa i świeża koszula.
Tak właśnie wyglądała niedziela. Raz w tygodniu można było zjeść coś lepszego i założyć czystą koszulę. To były rzeczy, które miały wówczas szczególne znaczenie.
– Moje ulubione jedzenie to były skrzydełka i szyjka. Nie było tam dużo mięsa, ale smak był straszny – wspominam.
Ojciec pracował w Warszawie, a węgiel nosił na plecach
Ojciec pracował w Warszawie. Później razem z nim pracowali również moi bracia. Byli zatrudnieni w transporcie, a ojciec pełnił funkcję dyspozytora w Ministerstwie Rolnictwa.
Praca odbywała się na zmiany. Nie pamiętam już dokładnie, czy trwały po dwanaście, czy po dwadzieścia cztery godziny. Wiem natomiast, że wymagało to od rodziny dobrej organizacji.
Mama musiała przygotować posiłki, a my mieliśmy swoje obowiązki. Nikt nie zastanawiał się, czy jest ciężko. Po prostu trzeba było robić swoje.
Pamiętam też, jak trudno było zdobyć opał. Choć jeden z moich bliskich pracował w kopalni, nie oznaczało to, że w domu zawsze mieliśmy węgiel.
Ojciec przywoził go z Warszawy na plecach.
Sąsiedzi potrafili z tego żartować. Mówili, że mamy syna górnika, a nie mamy czym palić. Dzisiaj można by się z tego śmiać, ale wtedy sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Ludzie musieli się naprawdę napracować, żeby zapewnić rodzinie podstawowe warunki do życia.
Mój brat trafił do kopalni Wujek
Jedno z trudniejszych wspomnień dotyczy mojego najstarszego brata, urodzonego w 1931 roku. W latach pięćdziesiątych odbywał służbę wojskową i trafił do pracy w kopalni Wujek.
Do dzisiaj nie wiem dokładnie, dlaczego właśnie jego skierowano do takiej służby. W tamtych czasach zdarzało się, że poborowi trafiali do jednostek, w których wykonywali ciężką pracę w kopalniach.
Mówiło się, że znaczenie mogło mieć pochodzenie rodziny, jej sytuacja majątkowa albo krewni mieszkający za granicą, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Nie wiem jednak, czy w przypadku mojego brata rzeczywiście tak było.
Pamiętam przede wszystkim, jak ciężko pracował.
– Pracował na przodku. Tam była najcięższa robota i bardzo niebezpieczna – opowiadam.
Na przodku prowadzono wiercenia i odstrzał węgla. Było to miejsce wymagające ogromnego wysiłku i wiążące się z ryzykiem. Mój brat musiał pracować w trudnych warunkach.
Według tego, co pamiętam, spędził tam dwa lata. Do domu przyjeżdżał na przepustki, ale nie zdarzało się to często.
To była zupełnie inna rzeczywistość niż dzisiaj. Człowiek nie zawsze mógł decydować o tym, gdzie będzie pracował i jak będzie wyglądało jego życie.
Ojciec i brat budowali w Niepokalanowie
Ważnym miejscem w historii mojej rodziny był Niepokalanów. Ojciec i jeden z braci pracowali tam przy budowie świątyni. Drugi brat zajmował się wybijaniem medalików na prasie.
Pamiętam, że te prace przypadały na przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Budowa trwała kilka lat.
Niepokalanów był dla nas ważnym miejscem. Działały tam instytucje prowadzone przez zakonników, a przy klasztorze funkcjonowała szkoła dla chłopców. Słyszałem, że poziom nauczania był bardzo wysoki.
Pamiętam również Szymanów, gdzie działała szkoła dla dziewcząt prowadzona przez siostry zakonne. W okolicy znano te placówki i ceniono ich poziom.
Z Niepokalanowem wiąże się także moje wspomnienie „Rycerza Niepokalanej”. Ojciec przynosił czasopismo do domu, a ja bardzo chętnie je czytałem.
Później przyszły trudne czasy dla tamtejszej działalności wydawniczej. Władze komunistyczne przejęły maszyny drukarskie, a działalność wydawnicza została ograniczona. Pamiętam, że o tych wydarzeniach dużo się mówiło.
Nie potrafię dzisiaj wskazać dokładnych dat wszystkich zmian, ale zapamiętałem, że wiele rzeczy, które wcześniej działały, zostało zamkniętych lub zlikwidowanych.
W naszej okolicy działało gimnazjum, ale nie przetrwało ono długo. W miejscu, w którym wcześniej działało gimnazjum, umieszczono później osoby chore psychicznie, przywożone z Pruszkowa. Nie wyglądało to tak jak dzisiejsze placówki. Ludzie ci nie zawsze byli odpowiednio nadzorowani i zdarzało się, że chodzili po okolicy. Potrafili przyjść nawet kilka kilometrów dalej. Zaczepiali mieszkańców, prosili o papierosy, pieniądze czy inne rzeczy.
Bazylika w Niepokalanowie
Sama budowa bazyli w Niepokalanowie ropoczęła się w 1948 roku. Z tym miejscem wiąże się wiele moich wspomnień, które rozwijało się na dużą skalę. Zakonnicy mieli rozległe tereny i poważne plany rozbudowy. Z tego, co pamiętam, rozważano nawet urządzenie własnego lotniska. Ziemie przeznaczone pod tę inwestycję znajdowały się w kierunku Sochaczewa, za bazyliką.
Nie wiem, co ostatecznie stało się z tymi terenami, ale pamiętam, że plany były naprawdę ambitne. Niepokalanów miał ogromny potencjał, a jego działalność wykraczała daleko poza samo życie klasztorne.
Ważną postacią był dla nas kardynał Stefan Wyszyński. Z tego, co pamiętam z opowieści ojca, Wyszyński często przyjeżdżał i interesował się tym, co działo się na miejscu. Szczególnie zapamiętałem jego zaangażowanie podczas budowy kościoła.
Nie ograniczał się do oficjalnych wizyt. Chodził na teren budowy, rozmawiał z robotnikami i interesował się ich pracą. Miał bezpośredni kontakt z ludźmi. Nie był kimś, kto przyjeżdżał tylko po to, żeby pokazać się na uroczystości. Naprawdę chciał, żeby to przedsięwzięcie zostało doprowadzone do końca.
W tamtych czasach był dla wielu ludzi bohaterem. Darzono go ogromnym szacunkiem. Wierzyliśmy, że jego autorytet i zaangażowanie mogły mieć znaczenie także w rozmowach z władzami.
Zakonnicy potrafili wiele zrobić sami
Zawsze zwracałem uwagę na to, jak zorganizowane było życie w Niepokalanowie. Zakonnicy starali się być samowystarczalni. Każdy miał swoje zadania. Jeden zajmował się ogrodem, inny wykonywał prace techniczne, ktoś inny gotował czy dbał o ubrania.
Byli tam ludzie o różnych umiejętnościach. Nie wszystko jednak dało się zrobić własnymi siłami, szczególnie kiedy prowadzono tak wielką budowę. Potrzebowano wielu pracowników, bo skala przedsięwzięcia była ogromna.
Niepokalanów był też znany z działalności ochotniczej straży pożarnej. Strażacy byli bardzo oddani swojej służbie. Pomagali nie tylko na miejscu, ale również w innych miejscowościach. Przyjeżdżali do pożarów w okolicach Grodziska, Żelazowej Woli czy Sochaczewa.
Z tego, co pamiętam, ich gotowość do niesienia pomocy była naprawdę imponująca. Nie zastanawiali się długo, czy warto jechać i czy ktoś inny może ich zastąpić. Po prostu ruszali tam, gdzie potrzebna była pomoc.
Pamiętam również opowieści o tym, że początkowo przed rozpoczęciem akcji gaśniczej odmawiali modlitwę. Z czasem uznano jednak, że w takiej sytuacji liczy się każda chwila. Zaczynali więc gasić pożar od razu, a modlitwę dziękczynną odmawiali później, kiedy było już wiadomo, że udało się uratować ludzi i dobytek.
To dobrze pokazuje, jak ważna była dla nich wiara, ale także poczucie obowiązku.
Wspomnienia z czasów PRL-u
Po wojnie życie stopniowo się zmieniało. Nie oznaczało to jednak, że wszystkim było łatwo. Ludzie musieli szukać pracy, zdobywać wykształcenie i próbować poprawić warunki życia swoich rodzin.
Pamiętam również historie związane z osobami pracującymi w administracji państwowej. Jedną z nich był człowiek o nazwisku Kuciński, którego rodzina pochodziła z naszej okolicy. Jego ojciec pracował w Ministerstwie Rolnictwa i, o ile dobrze pamiętam, pełnił funkcję doradcy ministra.
Był człowiekiem głęboko wierzącym, miał liczną rodzinę. Opowiadano, że bardzo go namawiano, żeby wstąpił do partii, ale nie było mu do tego szczególnie blisko. Mimo pracy w państwowej administracji zachował własne przekonania.
Wspominam również atmosferę panującą w ówczesnych władzach. Pamiętam historię telewizyjnego wywiadu z Edwardem Ochabem, podczas którego dziennikarz Bogdan Tomaszewski miał usłyszeć, że nie powinien zwracać się do rozmówcy „pan”, lecz „towarzyszu”. Takie sytuacje pokazywały, jak bardzo władza pilnowała nawet sposobu, w jaki należało się do niej odnosić.
Z tamtych lat zapamiętałem też dramatyczne wydarzenie podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Na przeciwległej trybunie człowiek dokonał samospalenia. Nie pamiętam dokładnej daty ani wszystkich okoliczności, ale widziałem, co się działo, i do dziś mam ten obraz przed oczami. Było to wydarzenie, które trudno zapomnieć.
Nauka zawodu była przepustką do lepszego życia
Kiedy skończyłem szkołę podstawową, przyszedł czas na zdobycie zawodu. Uczyłem się w szkole mechaniczno-elektrycznej. W tamtych latach zawodówka trwała dwa lata. Dzisiaj może się to wydawać krótko, ale nauka była konkretna i wymagała od nas zdobycia praktycznych umiejętności.
W pierwszym roku mieliśmy warsztaty szkolne. Poznawaliśmy maszyny i urządzenia, pracowaliśmy przy obrabiarkach, tokarkach, wiertarkach i innych sprzętach. Chodziło o to, żebyśmy nie tylko znali teorię, ale przede wszystkim wiedzieli, jak wykonywać konkretną pracę.
Dostawaliśmy również stypendium, choć nie były to wielkie pieniądze. Trzeba było jednak dobrze się uczyć i wykazywać odpowiednimi wynikami.
Warszawa, którą pamiętam, była pełna gruzów
Była to dla nas duża wyprawa.
W 1953 roku skończyłem szkołę podstawową w Kaskach. Wcześniej, podczas jednej ze szkolnych wycieczek, pojechaliśmy do stolicy, żeby zobaczyć miasto i pójść do teatru. Była to dla nas duża wyprawa.
Nie pamiętam już, na jaką dokładnie scenę nas zaprowadzono, ani jaki spektakl oglądaliśmy. Pamiętam za to samą Warszawę.
– Gruzowisko było. Gdzie nie spojrzeliście, wszędzie były gruzy – wspominam.
Dzieci z naszej okolicy nie były przyzwyczajone do takiego miasta. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony. Nasza wychowawczyni szła przodem i próbowała pilnować grupy, a my zostawaliśmy z tyłu, zapatrzeni w to, co działo się dookoła.
Zdarzało się, że ktoś z nas wpadł na przechodnia, bo nie patrzył przed siebie. Dzisiaj te wspomnienia mogą wydawać się zabawne, ale wtedy wszystko było dla nas nowe.
Do Śródmieścia dojechaliśmy pociągiem. Pałacu Kultury jeszcze nie było. Powstawał dopiero później i został oddany do użytku w 1955 roku.
Warszawa wciąż podnosiła się po wojnie. Widać było zniszczenia, ale jednocześnie trwała odbudowa.
– Takie jakieś zapalenie było do tej odbudowy – wspominam.
Ludzie chcieli odbudować stolicę. Pracowali, stawiali budynki, porządkowali ulice. To było wielkie przedsięwzięcie, które wymagało wysiłku wielu osób.
Dzisiaj, kiedy oglądam kroniki filmowe z tamtego okresu, wracają wspomnienia. Widać na nich, jak miasto powoli odzyskiwało swój kształt.
Po ukończeniu szkoły zawodowej rozpocząłem pracę w spółdzielni, ale niedługo później zostałem powołany do wojska. Służba zaprowadziła mnie do Zamościa, gdzie trafiłem do Technicznej Szkoły Wojsk Lotniczych. Zdobyłem tam zawód mechanika uzbrojenia. Po zakończeniu służby wróciłem do pracy w spółdzielni, z którą związałem się na kolejne dwadzieścia lat.
Szkoła wojskowa w Zamościu
Moje przygotowanie zawodowe okazało się przydatne również w wojsku. Wcześniej zdobywałem doświadczenie jako ślusarz, dlatego techniczna specjalizacja nie była mi dana.
Byłem w Zamościu, w Technicznej Szkole Wojsk Lotniczych. Ukończyłem ją jako mechanik uzbrojenia – wspominam.
Po szkoleniu służyłem w Nowym Mieście nad Pilicą. Nie było to dla mnie najgorsze rozwiązanie, ponieważ od domu dzieliło mnie około stu kilometrów. Dzięki przepustkom mogłem od czasu do czasu odwiedzać rodzinę.
– Dobrze było, bo do domu miałem sto kilometrów. Przyjeżdżałem na przepustkę, czasami na dwadzieścia cztery godziny – opowiadam.
Podróże wymagały jednak odpowiedniego zaplanowania. W jedną stronę mogłem korzystać z autobusu, natomiast powrót bywał bardziej skomplikowany i wiązał się z przejazdem kolejką wąskotorową. Mimo to możliwość odwiedzenia bliskich była dla mnie bardzo ważna.
Wojsko w czasach niepewności
Służba wojskowa oznaczała nie tylko naukę i zdobywanie kwalifikacji. Żołnierze musieli być także gotowi na wykonywanie poleceń dowództwa i udział w uroczystościach.
W czasie rozmowy wracamy również do wydarzeń politycznych lat pięćdziesiątych, w tym do protestów poznańskich z 1956 roku. W tamtym okresie byłem jeszcze związany ze szkołą zawodową, a później kontynuowałem swoją drogę edukacyjną i zawodową.
Pamiętam także obowiązkowe zbiórki oraz udział w uroczystościach upamiętniających Mariana Buczka, którego nazwisko nosiła fabryka, o której rozmawiamy. Takie wydarzenia stanowiły część ówczesnego życia zawodowego i szkolnego.
Powrót do spółdzielni
Po zakończeniu służby wojskowej wróciłem do pracy w spółdzielni. Nie szukałem innego miejsca zatrudnienia, ponieważ warunki były dla mnie korzystne.
– Nie narzekałem. Zarobki były półtora raza większe niż w zakładach państwowych – podkreślam.
Spółdzielnia zajmowała się między innymi produkcją opakowań i konstrukcji wykonywanych z drutu oraz kątowników. Praca wymagała umiejętności technicznych,a ważnym elementem codziennych obowiązków było spawanie.
Spółdzielnia zajmowała się między innymi produkcją opakowań i konstrukcji wykonywanych z drutu oraz kątowników. Praca wymagała umiejętności technicznych, a ważnym elementem codziennych obowiązków było spawanie.
– Te opakowania były robione z drutów, z kątowników. Cały czas było spawanie – wspominam.
Przez lata poznałem specyfikę zakładu i przyzwyczaiłem się do panujących w nim zasad. Pracowałem tam przez dwadzieścia lat.
Dwadzieścia lat w jednym zakładzie
Zatrudnienie w spółdzielni miało swoje zalety. Nie obowiązywały tam wszystkie rozwiązania charakterystyczne dla dużych zakładów państwowych, ale panowała większa swoboda w organizacji codziennej pracy.
Nie otrzymywaliśmy dodatkowych przydziałów ani specjalnych deputatów, o które pytają mnie podczas rozmowy. Najważniejsze było wykonanie powierzonych zadań.
– Mieliśmy luz. Swoją robotę trzeba było zrobić. Nikogo nie obchodziło, czy pracowało się pięć godzin, czy piętnaście – opowiadam.
Wspominam również coroczne spotkania pracowników. Była to okazja, żeby odpocząć od codziennych obowiązków, zjeść coś dobrego, pobawić się i spędzić czas w gronie kolegów z pracy.
– Raz w roku mieliśmy zebranie. Było jedzenie, picie i zabawa – mówię z uśmiechem.
Tak upływały kolejne lata. Praca dawała mi stabilność, a zdobyte wcześniej umiejętności pozwalały wykonywać konkretne, fachowe zadania. Z perspektywy czasu pamiętam zarówno wojskową dyscyplinę, podróże do domu na przepustki, jak i dwadzieścia lat spędzonych w spółdzielni, gdzie liczyły się przede wszystkim umiejętności i dobrze wykonana praca.
Autor Mateusz Mazur
